Wirus

Guillermo del Toro, Chuck Hogan

Guillermo del Toro i Chuck Hogan, zanim zasiedli do pisania swojego horroru zatytułowanego „Wirus”, zapewne usłyszeli wyświechtane do bólu zdanie Hitchcocka, mówiące o tym, że fabuła powinna zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stopniowo ma rosnąć. Słyszeli i postanowili zastosować w swojej powieści, ale najwyraźniej zapamiętali tylko pierwszą część sentencji. Akcja książki zaczyna się bowiem w sposób intrygujący i przykuwający uwagę czytelnika, ale po pierwszych siedemdziesięciu stronach poziom napięcia spada niemal do zera, aby trwać w tym stanie właściwie do końca.

Mamy więc do czynienia ze zmarnowanym potencjałem, a szkoda, bo fabuła i możliwości jej rozwoju zapowiadały się naprawdę interesująco – na nowojorskim lotnisku ląduje samolot, który chwilę po zatrzymaniu się na pasie startowym traci kontakt z wieżą kontroli lotów. Z jego wnętrza nie dochodzą zaś żadne oznaki życia. Wobec ogólnego strachu przed bioterroryzmem do akcji wkraczają służby epidemiologiczne. Czytelnik zostaje więc postawiony przed dość intrygującymi wydarzeniami, a autorzy powieści dość umiejętnie budują napięcie, z wprawą mnożąc zagadkowe fakty. 

Szybko jednak okazuje się, że fabuła jest przewidywalna, postacie sztampowe, a czytelnik obyty z horrorami nie znajduje w niej praktycznie nic interesującego. Tytułowy wirus oczywiście zamienia ludzi w wampiry, a grupa głównych bohaterów musi samotnie stanąć do walki z nim, aby uratować nieświadomą zagrożenia ludzkość. Fabuła jest więc do bólu konwencjonalna, do czego zresztą jeszcze powrócę. Co więcej, dwójka pisarzy ma irytującą manierę rozbijania narracji na mnóstwo scen z perspektyw różnych bohaterów. Zabieg ten sprawdza się dobrze, kiedy jest stosowany rzadko, tu zaś oparta jest na nim ogromna część książki. W efekcie otrzymujemy całe serie epizodów, które nic nowego nie wnoszą, za to skutecznie zanudzają czytelnika i niepotrzebnie spowalniają tok fabuły. Za ich sprawą „Wirus” rozrósł się nadmiernie, bo w jego przypadku niemalże pięćset stron to o jakieś dwieście za dużo. Zgodnie z zapowiedziami jest to pierwszy tom trylogii. Jeśli w pozostałych będziemy mieli równie dużo bezcelowego rozciągania narracji, okazać się może, że cały cykl, gdyby go poprawnie napisać, zamknąłby się w jednym tomie.

Tak więc „Wirus”, zamiast sprawiać przyjemność, zwyczajnie nudzi. Nie spełnia zatem swojego prymarnego zadania, gdyż oprócz rozrywki, ta powieść niewiele więcej ma do zaoferowania. Autorzy realizują wyświechtaną konwencję, zupełnie bezrefleksyjnie, bez żadnej próby grania z nią, dodania czegoś od siebie. Choć na początku czytelnik może mieć pewne nadzieje, że tym razem historia zostanie mu pokazana z perspektywy laboratoriów epidemiologicznych i gabinetów wysokich urzędników, którzy usiłują opanować zarazę. Takie ujęcie byłoby świeże i oryginalne, stanowiłoby ciekawą zmianę perspektywy. Nic z tego, rychło lekarz – główny bohater – zaczyna prowadzić nietypową terapię, która polega głównie na odcinaniu wampirzych głów przy pomocy srebrnego miecza. Także wizja wampirów wykreowana przez del Toro i Hogana nie prezentuje w zasadzie nic nowego, może poza licznymi niespójnościami, wynikającymi z próby połączenia legendarnego wampiryzmu z medycznym punktem widzenia. Co, poza wszechmocną konwencją, sprawia, że zarażeni wirusem nie mogą przekroczyć płynącej wody, pozostanie dla mnie wieczną zagadką, a to tylko jeden z podobnych absurdów. To wszystko, wraz z przegadaną narracją, spowodowało, że powieść nie realizuje nawet głównego, jak sądzę, założenia jej autorów – nie przynosi czytelnikowi nawet prostej, bezpretensjonalnej rozrywki. Napisanie takiej książki, jak się okazuje, nie jest wcale proste. 

„Wirus” posiada oczywiście ciekawe aspekty: kilka niezłych scen, interesujące tło obyczajowe współczesnych Stanów Zjednoczonych, które pojawia się w kilku epizodach, wreszcie parę nawiązań do klasyki horroru (najbardziej widoczne jest odniesienie do „Nosferatu – symfonii grozy” Murnaua i jego remake’u Herzoga). Jest tego jednak zbyt mało, aby przykuć uwagę czytelnika, wszelkie interesujące motywy gubią się w przegadanej narracji i sztampowej fabule. Powieść kosztuje czterdzieści cztery złote i dziewięćdziesiąt groszy, za tę, niemałą przecież, kwotę możemy kupić niejedną książkę od „Wirusa” lepszą. Taką, o której będziemy pamiętać dłużej, niż tydzień po przeczytaniu. Skoro możesz przeznaczyć swoje cenny czas i pieniądze na cokolwiek innego niż recenzowana powieść, to mam jedną radę – zrób to.

  • Autorzy: Guillermo del Toro, Chuck Hogan
  • Tytuł oryginalny: The Strain
  • Przekład: Anna Klingofer
  • Wydawca: Nasza Księgarnia
  • Data publikacji: 10 listopada 2010
  • Cena: 44,90 zł
  • Format: 504 s.
  • Opis z okładki:
    Wizjonerski twórca nagrodzonego trzema Oscarami „Labiryntu Fauna” i zdobywca nagrody im. Dashiella Hammetta przedstawiają mrożącą krew w żyłach powieść o walce między ludźmi a wampirami. Pierwsza część trzymającej w napięciu trylogii!
    Na nowojorskim lotnisku im. JFK ląduje boeing 777. Gasną w nim wszystkie światła i maszyna zamiera. Kontrolerzy lotu nie są w stanie nawiązać łączności z pilotami, wszystkie okienka i drzwi (również te ewakuacyjne) w samolocie są zatrzaśnięte. Na miejsce przybywa kilka oddziałów służb mundurowych. Przez pewien czas nie mogą jednak dostać się do wnętrza maszyny. Nagle drzwi awaryjne otwierają się, jakby od środka. Funkcjonariusze wchodzą do samolotu, by odkryć, że wszyscy pasażerowie i członkowie załogi są martwi… Wkrótce okazuje się, że miasto (a później cały stan i w końcu państwo) jest celem ataku wampira, a jego ofiary (i w efekcie ich ofiary) staną się wkrótce takie jak on. Co więcej, za całą sprawą stoi jakaś tajemnicza organizacja bądź osoba – człowiek, który wampirowi pomaga…