Wir

Frode Granhus

Kolejny skandynawski kryminał, tym razem balansujący na pograniczu thrillera. Dużo surowego, północnonorweskiego klimatu, odrobina tajemnicy i dużo zagmatwanej fabuły. Tak można by w dwóch zdaniach streścić Wir Frode Granhusa.

W Landegode, gdzieś na północy Norwegii, dwójka bawiących się na skraju morza chłopców znajduje mężczyznę przykutego do kamienia i na wpół zanurzonego w lodowatej wodzie. Pięćdziesiąt kilometrów dalej, w Bergland, podczas codziennego spaceru starsze małżeństwo napotyka lalkę dryfującą na tratwie z łyka. Zaniepokojeni dziwnym zdarzeniem zawiadamiają policję. Do śledztwa zostaje przydzielony niedawno przybyły w tamtą okolicę Niklas Hultin. Sprawy szybko się komplikują, groza narasta wraz z kolejnymi odkryciami, a w tle majaczy wyłaniająca się powoli z cienia tajemnica z przeszłości.

Książka norwega zapowiadała się świetnie – przynajmniej po opisie z okładki. Tajemnicze zdarzenia, surowa przyroda, mroczny klimat… Fabuła jednak od początku wydaje się odrobinę naciągana. Dwie płaszczyzny narracji Granhusa zamiast płynnie się zazębiać, rozjeżdżają się w końcu zupełnie, aby ostatecznie zostać splątane ze sobą na siłę. Pod względem fabuły ta książka oferuje męczące przeskoki między prowadzonymi sprawami, które dodatkowo trudno ze sobą w logiczny sposób powiązać. W trakcie lektury można odnieść wrażenie, że autor zmiksował dwie odrębne fabuły w jedną, osadzając je w tym samym czasie i miejscu. Nie można jednak odmówić tej książce pomysłowości. Fabuły, chociaż poprowadzone chaotycznie, bronią się pomysłem i oryginalnością – szczególnie na wstępie, który mocno intryguje.

Standardowo już otrzymujemy także fabularne zaplecze obyczajowe – tutaj raczej słabo i stereotypowo zarysowane. Podobnie rzecz ma się z bohaterami powieści. Śmiało można by ich ustawić w jednym rzędzie i poddać standaryzacji według jednej miary. Policjanci, którzy prowadzą oba śledztwa są tak samo nijacy i bliźniaczo podobni do siebie. Brak im wyrazistości, tego za co kochamy postaci z tego typu książek. Są to typy wykreowane w sposób budzący obojętność, nie wywołują żadnych większych emocji: sympatii, antypatii ani jakichkolwiek innych. Trudno im kibicować i przejmować się ich losami. Lektura zaś szybko przeradza się w monotonne kartkowanie kolejnych rozdziałów, któremu nie towarzyszy bynajmniej zainteresowanie tym, co się dzieje. Sytuację trochę ratują epizodyczne postacie drugoplanowe, które mają przemyślaną konstrukcję, własne historie, ale jednocześnie są tylko drobnymi pionkami w całości fabuły.

Wir obfituje w opisy północnej przyrody, która odrobinę uwydatnia to, czego nie udało się wykreować fabułą i postaciami, czyli specyficzny, tajemniczy klimat. Niewątpliwie jest coś takiego w Skandynawii, co idealnie pasuje do tego typu literatury. Książki Frode Granhusa jednak to nie ratuje. Raczej stanowi drobny przebłysk słońca na pochmurnym niebie. Styl pisania Norwega jest suchy i prosty, wręcz lapidarny. Można powiedzieć, że jest równie surowy co tamtejszy klimat. Podkreśla jednak doskonale specyficzną atmosferę opowieści.

Wir to powieść ze świetnym pomysłem wyjściowym, który zostaje zaprzepaszczony fabularnym chaosem, brakiem dyscypliny w prowadzeniu poszczególnych wątków oraz, jak się wydaje, także brakiem wizji. Tak jakby autor usiadł, zaplanował całą historię mniej więcej do połowy, po czym zabrakło mu weny. Finalnie Wir bardziej męczy niż przynosi rozrywkę i satysfakcję z czytania. Pozycja raczej tylko dla zagorzałych miłośników skandynawskich kryminałów i thrillerów. Reszta może z łatwością znaleźć dużo lepsze pozycje o podobnej tematyce i umiejscowione w zbliżonych szerokościach geograficznych.

  • Autor: Frode Granhus
  • Tytuł oryginalny: Malstrømmen
  • Wydawca: Świat Książki
  • Data publikacji: 2016-03-03
  • Format: s. 320
  • Seria: Rino Carlsen
  • Opis z okładki: Wciągający, mroczny norweski thriller. Atmosferę tajemnicy potęgują przewijające się opisy surowej, północnej przyrody, która najbardziej urzeka w powieści. Landegode, gmina Bodo. Przerażający krzyk przyciąga uwagę dwóch chłopców bawiących się na brzegu morza. W szczelinie między skałami znajdują mężczyznę z rękami w lodowatej wodzie, przykutymi do kamienia. Bergland, 50 kilometrów na północ od Bodo. Starsze małżeństwo dostrzega w pobliżu brzegu porcelanową lalkę pływającą na tratwie z łyka i powiadamia miejscową policję. Do zbadania sprawy zostaje przydzielony śledczy Niklas Hultin, pracujący na miejscowym posterunku w zastępstwie chorego policjanta. W trakcie zbierania informacji na jaw wychodzi mroczna historia sprzed lat. Groza narasta, kiedy po kilku dniach to samo małżeństwo znajduje na plaży nieprzytomną, ranną kobietę, ucharakteryzowaną na znalezioną wcześniej lalkę.