Ty

Zoran Drvenkar

Niewykorzystany potencjał

W czasach, kiedy panuje przekonanie, że nic nowego nie da się już wymyślić, coraz więcej pisarzy postanawia rzucić wyzwanie temu stwierdzeniu i decyduje się na coraz to nowsze eksperymenty literackie. Są takie, które mają w sobie duży potencjał, by wspomnieć tutaj choćby o tworzeniu się nowych gatunków takich jak mashup czy powieść multimedialna, oraz takie, które są nieudane, niepotrzebne i będące tylko niezrozumiałymi udziwnieniami. Eksperyment, z którym mamy do czynienia w Ty Zorana Drvenkara, ma według mnie spory potencjał, jednak jego realizator nie potrafił go w pełni wykorzystać. Po trosze zabrakło mu konsekwencji, a po trosze – co przyznaję z przykrością – umiejętności.

Akcja powieści dzieli się na trzy główne wątki, które śledzimy równolegle wraz z narratorem. W pierwszym z nich poznajemy tajemniczego Podróżnika, w którym coś pęka podczas postoju w kilkugodzinnym korku i z zimną krwią zaczyna zabijać ludzi, którzy wraz z nim znaleźli się na zablokowanej drodze. W drugim mamy do czynienia z pięcioma nastoletnimi psiapsiółami, które wchodzą w posiadanie pięciu kilogramów czystej heroiny, należącej wcześniej do martwego już ojca jednej z nich. Trzeci z kolei wątek ukazuje nam berlińskiego mafiosa, któremu zamordowano brata i skradziono z jego składziku właśnie pięć kilo „towaru”. Wszystkie te postaci zmierzają nieuchronnie w swoim kierunku, by zetrzeć się w krwawej i brutalnej konfrontacji.

To, co wyróżnia Ty od innych powieści, jest narracja napisana w drugiej osobie. Otwiera ona naprawdę ciekawe perspektywy, bo kiedy czytamy, jak autor zwraca się bezpośrednio do nas jak do postaci, można poczuć się jak twardy gangster, bezlitosny psychopata czy zwariowana nastolatka, która jest w posiadaniu prawdziwej fortuny. Właśnie: można. Nie jest to niestety konieczna konsekwencja takiego zabiegu, wszystko zależy od talentu i umiejętności autora. A Drvenkar, mimo że bez wątpienia potrafi pisać, stał się w tej narracji mało przekonujący. Nie potrafił on uczynić jedności ze mnie, jako czytelnika, i z wykreowanych postaci literackich, nie dostarczył takich przeżyć, jakich się spodziewałem.

Jeszcze w trakcie lektury pomyślałem, że być może moje nastawienie było błędne, w końcu takie prowadzenie fabuły mogło mieć inną motywację: nie chodziło o niemal absolutne wciągnięcie czytelnika w fabułę, a o ukazanie Ty jako aktu kreacji – wszechpotężny autor bawi się marionetkami, które sam stworzył i wskazując palcem na konkretną z nich, rozkazuje jej robić to, co mu przyjdzie do głowy. Manipuluje nimi, bawi się ich złudzeniem autonomiczności. Przyznam, że przez długi czas takie podejście zdawało egzamin i książkę czytało się wyśmienicie. Niestety, z czasem okazało się, że również taka interpretacja nie była głównym zamierzeniem autora: narrator szybko zaczął się jawić jako zwykły, przeciętny obserwator (taki sam jak czytelnik), który daje się nabrać na kłamstwa i intrygi bohaterów. Eksperyment narracyjny okazał się więc zupełnie niepotrzebny

Sam fakt bezzasadności takiego przedstawiania wydarzeń dałoby się przełknąć, ale niestety wpływa on niebagatelnie na akcję powieści. Przy takim prowadzeniu narracji, gdzie wchodzi się w skórę każdej z postaci, naprawdę ciężko jest o zaskakujące zwieńczenie powieści. Autor nie chciał zrezygnować ze zwalającego z nóg twistu i – zdając sobie sprawę – że musi być on prawdziwą bombą, postanowił „pojechać po bandzie”. I najzwyczajniej w świecie przedobrzył. Zakończenie, owszem, jest zaskakujące, ale niestety wymuszone, niewiarygodne i, co za tym idzie, mocno zaniżające ocenę powieści, z którą wiązałem naprawdę spore nadzieje.

Drażni to tym bardziej, że Zoran Drvenkar jest bez wątpienia dobrym pisarzem: widać to po ogromnej swobodzie, z jaką tworzy działające na wyobraźnię opisy, potrafi umiejętnie stopniować napięcie i sprawia, że co jakiś czas zimny dreszcz przebiega wzdłuż kręgosłupa. Gdyby nie postawił sobie zbyt wysokiej poprzeczki w postaci niekonwencjonalnej narracji, byłaby to naprawdę dobra powieść. Mimo wszystko nie żałuję, że wziąłem się za lekturę Ty. Książka nie spełniła moich oczekiwań, ale dała nadzieję, że Drvenkar w tradycyjnej formule okaże się naprawdę wysokiej klasy rzemieślnikiem. Gdybym spotkał teraz chorwackiego pisarza, powiedziałbym mu: z Twoim Ty nie chce mieć już nic wspólnego, ale Tobą na pewno się jeszcze zainteresuję.

  • Autor: Zoran Drvenkar
  • Tytuł oryginalny: Du
  • Przekład: Bartłomiej Szymkowski
  • Wydawca: TELBIT
  • Data publikacji: 3 października 2012
  • Cena: 43,00
  • Format: 576 s.
  • Opis z okładki:
    Powieść o ojcach, synach i córkach, o przyjaźni oraz mrocznej tęsknocie za chaosem i okrucieństwem.
    Pięć normalnych niemieckich dziewczyn. Ty.
    Jeden normalny niemiecki mafioso. Ty.
    Jeden normalny niemiecki psychopata. Ty.
    Co zrobisz, kiedy najlepsza przyjaciółka bez słowa zniknie z twojego życia? Co zrobisz, kiedy w końcu znajdziesz ją naszprycowaną prochami, z trupem ojca w zamrażarce? Co zrobisz z wartym miliony euro składzikiem narkotyków? Co zrobisz, kiedy jeden z najpotężniejszych ludzi w Berlinie zacznie na ciebie polować? Co zrobisz, kiedy jakaś młoda siksa spróbuje sprzedać ci twój własny towar? Co zrobisz, kiedy znajdziesz w piwnicy ciało własnego brata? Co zrobisz, kiedy morderczyni twojego brata spróbuje uciec w miejsce, w którym nie ma już nic? Do czego się posuniesz, żeby znaleźć to, czego całe życie szukasz? A co zrobisz, kiedy okaże się, że cały czas szukałeś źle? A gdy w końcu to znajdziesz?
    Co zrobisz, kiedy ludzie wokół ciebie zaczną umierać?
    Co zrobisz, kiedy okaże się, że to wszystko kłamstwo?
    Co zrobisz, kiedy twój świat wywróci się do góry nogami?
    Ty.