Tropiciel duchów

William Hope Hodgson

Na tropie zjaw i mistyfikacji

Premiery kolejnych tomów „Biblioteki grozy” wydawnictwa C&T to dla mnie od jakiegoś czasu jedno z najważniejszych literackich wydarzeń roku. Znakomicie wydane zbiory nie są kompilacjami autorskimi wydawcy, ale tłumaczeniami znanych i cenionych anglojęzycznych wydań, które zdążyły już wyrobić sobie odpowiednią markę. Każdego kolejnego tomu wyczekuję z niecierpliwością – ale gdy dowiedziałem się, że właśnie do sprzedaży trafił „Carnacki, the Ghost-finder” Williama Hope’a Hodgsona było to dla mnie dzień wręcz świąteczny, porównywalny chyba tylko z tym, jak fani Stephena Kinga wyczekują nowych dzieł swojego mistrza.

Autor nowego tomu Biblioteki grozy znany jest polskim czytelnikom głównie z doskonałego „Domu na granicy światów”, będącego jedną z najlepszych powieści grozy, łączącą elementy gotyckie i horroru kosmicznego, a także mocno niedocenianych „Widmowych piratów”, grozy marynistycznej i wyrosłej z okresu w życiu autora, gdzie jako młodzieniec zaciągnął się na statek. Jest to jednak tylko niewielka część dorobku autora, wśród którego w sumie zliczyć można pięć powieści, sporo opowiadań, także poematy, wiersze i eseje, w naszym kraju niestety do tej pory nietłumaczonych.

„Tropiciel duchów” to zbiór dziewięciu niezwykłych przygód angielskiego gentlemana, Thomasa Carnackiego, parającego się badaniem zjawisk paranormalnych. Postać ta stworzona jest na wzór klasycznych bohaterów historii detektywistycznych, jak Sherlock Holmes. Przyrównanie do tej persony wydaje się jeszcze o tyle adekwatne, że i w historiach Hodgsona i Doyle’a narratorem jest przyjaciel głównego bohatera.

Czterech gentlemanów zapraszanych jest co jakiś czas na kolacje w domu Carnackiego, gdzie ten opowiada im o swoich ostatnich nadnaturalnych przygodach. Czytelnik ma przyjemność ich wysłuchiwać poprzez pierwszosobową narrację jednego z nich, całe niemal opowiadania to już bezpośrednia relacja tytułowego bohatera. Taka formuła opowieści pozwala czytelnikowi na pewien dystans wobec zdarzeń, skoro od początku wiadomo, że Carnacki nie doznał w nich szczególnie poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Nie znaczy to jednak, że opowiadania te są błahym i niskiej klasy horrorem. Wręcz przeciwnie! Hodgson to prawdziwy mistrz w tworzeniu zarówno atmosfery niepokoju, jak i samych kreacji duchów, których pozazdrościć może mu zdecydowana większość współczesnych twórców. Nie są to kreatury banalne, ot takie „nic pod prześcieradłem”. Nie, to manifestacje nieoczywiste, dziwnej natury, objawiające się nie tylko dla zmysłu wzroku, lecz także węchu, słuchu czy też dotyku. To istoty jednocześnie efemeryczne, przerażające, jak i podlegające wyższym siłom i odpowiedniej wiedzy, ale jednak nadal tajemnicze.

Sam Carnacki nie jest jakimś amatorem. W swoich badaniach korzysta z nowoczesnej aparatury, jak „elektryczny pentagram” czy aparat fotograficzny. Zna też zaklęcia i systematyki demonologii. Hodgson wkłada w usta tropiciela fragmenty fikcyjnej księgi – “Manuskryptu Sigsanda”. Jednocześnie detektyw przy użyciu owych pomocy działa właściwie na oślep, snując hipotezy i z pasją prawdziwego badacza szukając dla nich dowodów, ale mimo wszystko jest  świadomy ogromu i mocy „nieznanego”.

Nie brak w opowiadaniach fantastycznych momentów grozy, ale w części tekstów zjawy okazują się też być mistyfikacjami – zgodnie z zasadą, że większość historii o duchach to oszustwa i pomyłki, ale jedynie jeden procent jest niemożliwych do podważenia. Oczywiście tu stosunek jest radykalnie inny i w większości historii mamy przyjemność smakować w połączeniu gotyckiej atmosfery starych zamków i domostw, czując dreszcz niesamowitości.

Znakomita jest zwłaszcza morska wyprawa detektywa w „Nawiedzonym Jarvee”, która ma w sobie tak ogromny ładunek horroru kosmicznego, że nie mogę nie być przekonanym, iż to głównie w jego kontekście Lovecraft napisał: Tych kilka epizodów przemawia do nas z niezaprzeczalną siłą i świadczy o szczególnym geniuszu autora. Znalazł się i w tomie krótki utwór „Unikat” o naturze raczej zabawnej doyle’owskiej zagadki detektywistycznej.

Szczególną jednak uwagę warto poświęcić kończącemu zbiór opowiadaniu „Wieprz”. Oryginalnie utwór ten ukazał się już po tragicznej śmierci autora i jest to absolutne arcydzieło horroru. Mocno nawiązuje ono do wspomnianego „Domu na granicy światów”. Czy można nie czuć dreszczy na wspomnienie świnio-podobnych istot z tej powieści? W tej opowieści Carnackiego wracają one w aurze spirytyzmu. Carnacki bada w swoim gabinecie mężczyznę, którego problemem są przerażające sny, z których ten nie potrafi się zbudzić, a w których słyszy przerażający odgłos chrząkania niezliczonej ilości świń. Opowiadanie aż do finału nie przestaje przerażać i zostawia czytelnika z ogromem obrazów, które szybko nie opuszczą głowy.

Nie zapoznać się z „Tropicielem duchów”, to stracić okazję na poznanie jednego z najlepszych kawałków horroru, jakie były w Polsce wydane. Zwłaszcza że mamy jeszcze jesień i pora na takie teksty jest wręcz wymarzona! Nawet nie mając przy boku panów: Jessopa, Arkrighta i Taylora, warto wsłuchać się w opowieści tropiciela duchów, wsiąknąć w ich gotycko-kosmiczny nastrój i po prostu zapomnieć o całym świecie.

Szkoda ogromnie, że w tomiku zabrakło wstępu Nowowiejskiego, bibliografii autora czy ilustracji, którymi wcześniej raczył nas Sobecki, ale nadal jest to klasa sama w sobie.

Recenzji zaś nie mogę nie skończyć parafrazą tekstu, którą Carnacki jowialnie kończy swoje opowieści: A teraz sio mi stąd! Wracajcie do domów czytać Hodgsona!

  • Autor: William Hope Hodgson
  • Tytuł oryginalny: Carnacki the Ghost-finder
  • Przekład: Tomasz S. Gałązka
  • Wydawca: C&T
  • Data publikacji: październik 2011
  • Cena: 27
  • Format: s. 232, oprawa miękka
  • Seria: Biblioteka Grozy
  • Opis z okładki:

    Prawdziwość opowieści o duchach traktuję tak sceptycznie, że już chyba trudno bardziej... Nie należę do tych, którzy "z zasady" w coś wierzą bądź nie wierzą. Wszelkie zgłoszenia "nawiedzeń" traktuję jako niedowiedzione, póki sam ich dogłębnie nie zbadam, i muszę przyznać, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto mamy do czynienia z czystą blagą albo urojeniami. Ale te setne! Ech, gdyby nie te setne, niewiele miałbym wam do powiedzenia, hę?