Tragedia na wieży

Stefan Grabiński, Jan Huskowski

Utarło się już, że Polska nigdy horrorem nie stała, ale kto jest bardziej wytrwały, znaleźć może nie jeden i nie dwa historyczne przykłady tego twierdzenia. Najznakomitszym z nich i z pewnością obdarzonym ogromną estymą jest nasz wieszcz koszmaru, Stefan Grabiński. Pisarz w dziedzinie literatury grozy formatu wręcz monstrualnego, którego niżej podpisany – zapewne nie jako jedyny – stawia na panteonie obok Edgara Allana Poego czy Howarda Phillipsa Lovecrafta. Unikalny styl kreowania atmosfery niesamowitości, wątki okultystyczne i fascynacja psychiką człowieka, jej aberracjami i nieodkrytymi jeszcze możliwościami, choć wydawałyby się anachroniczne, nadal działać mogą na czytelnika w zdumiewająco intensywny sposób.

Inny rodak, Jan Huskowski, nieomal zapomniany, a odświeżony dopiero przez wydawnictwo Agharta, nie stanowi może równie wielkiego zjawiska w dziedzinie horroru, ale jego krótkie i bardzo intensywne utwory, balansujące gdzieś pomiędzy makabreską de Viller’s Adama czy Poego a podszytym nadnaturalną nutą ekspresjonizmem Micińskiego, godne są zauważenia.

Zbiór „Tragedia na wieży” to kompilacja prozy obu wyżej wymienionych twórców. Rzecz raczej niedługa, ale interesująca. Co prawda teksty w zbiorze zawarte nie reprezentują jednolicie równego poziomu i w przypadku opowiadań Grabińskiego oscylują wręcz między marnymi a znakomitymi, ale ich wartość dla każdego sympatyka starszej grozy będzie ogromna. Bo twórca „Salamandry” wypada niezwykle efektownie nawet we wczesnych – mocno egzaltowanych i niedojrzałych utworach, jak zaczynający tę antologię „Wampir” czy w naprawdę znakomite „Na wzgórzu róż”. Z pewnością warto też zwrócić uwagę na „Zielone świątki” – biblijną parafrazę, zupełnie odmienną od pozostałych tekstów. Co prawda też nieco słabszą niż wyżej wymienione, będącą jednak ciekawą odskocznią.

Teksty Huskowskiego niestety zajmują wiele mniejszą część zbioru, niż utwory Grabińskiego. Żadne z siedmiu opowiadań nie przekracza czterech stron, ale wydaje się to być wymuszone przez ich intensywność, bliską prozie poetyckiej.  Ogromne wrażenie robi przede wszystkim straszący wewnętrznymi demonami, neurotyczny utwór tytułowy – w swojej paranoicznej intensywności naprawdę znakomity. Również prosta, ale efektowna makabreska „Kruk” wypada doskonale.

Wad „Tragedii na wieży” naliczyć można kilka. Przede wszystkim objętość zbioru pozostawia wiele do życzenia – zaledwie sto stron tekstu usatysfakcjonuje raczej tylko niewielkie grono czytelników. Nieco szwankuje też korekta. W obliczu zapowiadanych na najbliższy czas pozycji Agharty, zbiór ten wydaje się być zaledwie wprawką, pierwszym krokiem – jeszcze mało pewnym, ale zwiastującym rzeczy o wiele ciekawsze. Nie chciałbym jednak zbyt marginalizować jego znaczenia – mniemam, że każdy większy fan twórczości Grabińskiego doceni jego treść i z pewnością znajdzie się on na niejednej półce. Podobnie próba prezentacji dorobku Huskowskiego -to nie tylko rzecz literacko interesująca, ale też kolejny dowód na to, że choć przed laty Polska horrorem nie stała, to jednak nie był on w niej zupełnie obcy.

Z pewnością tomik ten nie powinien być traktowany jako wprowadzenie w fascynujące uniwersum twórczości największego polskiego pisarza grozy – łatwo byłoby potencjalnemu czytelnikowi zrazić się do jego twórczości. Za to osoby zaznajomione już z jego dziełami spędzą przy nim kilka niezwykle przyjemnych chwil. Fani grozy, którym Grabiński jest zaś obcy, niechaj zapamiętają sobie tytuł, bo przyda im się z pewnością, gdy w końcu rzucą się na jego twórczość, pochłoną większą część i zaczną rozglądać się za dokładką. Do czego zachęcam szczerze.

Grabiński, Huskowski - Tragedia na wieży