Pozwolę ci odejść

Clare Mackintosh

Nie cierpię, och, po prostu nie znoszę klasyfikowania literatury utrzymanej w określonej konwencji jako przeznaczonej specjalnie dla kobiet! Nie lubię takich praktyk, ponieważ uważam, że dobry kryminał, thriller czy powieść psychologiczna obroni się sam/ sama i nie potrzebuje etykietki. Zwłaszcza że jakoś facetom takich „naklejek”, jak ta na okładce, po prostu się nie przyczepia! To wartościowanie jest o tyle krzywdzące, że po utwór Clare Mackintosh pt. Pozwolę ci odejść sięgnąć może – i powinien – każdy, kto po prostu lubi przyzwoitą powieść kryminalną z narracją tak intrygująco poprowadzoną, że finał jest wprost dla czytelnika szokujący. A i tematyka pozostająca niejako na uboczu wątku związanego z zagadką jest ważna, bo wciąż niestety istnieje potrzeba nagłośnienia pewnych skrzętnie ukrywanych spraw, co sprawia, że ta obrzydliwa i niesprawiedliwa etykietka „kobieca strona thrillera” sugerująca „babską” (co to w ogóle znaczy?!) zawartość przekreśla to, co w powieści Mackintosh nadrzędne.

Tyle się wszak mówi i pisze o tym, jak to kryminał cudownie zaczął grawitować ku kwestiom społecznym, obyczajowym, etc. i jak to nobilituje ten gatunek. Cudnie, owszem, ale czy dotyczy ta prawidłowość jedynie skandynawskich i polskich tekstów? Jasne, że nie! Zatem dlaczego, kiedy taka Clare Mackintosh – swoją drogą była funkcjonariuszka służb policyjnych, a więc dama obyta z procedurami, atmosferą śledztw i specyfiką takiej pracy – zabiera się do pisania, przyczepia się jej etykietkę „women only”? No czemu? Gdyby była takim Nesserem, Mankelem czy Nesbø (no ok., nim akurat trudno być, ale dobrze wiemy, o co tu naprawdę idzie), na okładce znalazłyby się pochwalne peany na cześć wnikliwości i wrażliwości autora oraz podziw dla wyrafinowania w obserwacjach psychologicznych. Tymczasem wydawca „wtłacza” autorkę w ramy niejasnego dla mnie schematu. Bo owszem, jest tu i kwestia znęcania się nad kobietą, dominujący samiec, który balansuje na granicy obłędu, ale pojawia się też doskonale skonstruowana postać policjanta, który zaniedbuje rodzinę, bagatelizuje potrzeby żony i generalnie nie bardzo pojmuje swoją rolę w stadle. Czy to coś nowego? Czy to jakiś nieobecny w pisanej przez facetów literaturze kryminalnej motyw? Absolutnie nie!

A prawda o tej powieści wygląda tak: autorka znakomicie poradziła sobie z narracją, rozkładając ciężar relacji już to na samotną i pogrążoną w rozpaczy niewiastę, już to na starszawego gliniarza, już to na młodszą koleżankę tegoż. Zagmatwana fabuła, zogniskowana wokół potwornego wypadku, w którym zginął mały chłopiec, przeobraża się w opowieść o żałobie, ucieczce, radzeniu sobie z bólem, wychodzeniu z traumy. Z drugiej strony mamy dość antypatycznego, bo skupionego na sobie i swojej pracy policjanta, który stara się zarobić na utrzymanie rodziny, pojąć pragnienia żony czy rozprawić się z demonami dręczącymi jego nastoletniego syna. Problemy rodzinne? Zaraz, zaraz, czy tego nie było u innych „kryminalistów”? U Edwardssona, u Nessera, Mankella… Nesbø też jakby zbaczał niekiedy w te obszary… Nie będę okrutna i nie wymienię jeszcze kilku nazwisk rodzimych choćby autorów.

Pani Mackintosh w rzeczy samej radzi sobie nieco gorzej niż panowie z mojej listy, bowiem nie zawsze narracja jest prowadzona równo, a zbiegi okoliczności bywają nazbyt telenowelowe (zaraz, zaraz, czy ja nie pisałam o „soapowatości” u takich panów jak Hjorth i Rosenfeldt…?), jednak portrety psychologiczne bohaterów z reguły skonstruowane są bardzo przyzwoicie. Nawet konterfekt psychopaty jest całkiem udatny, aczkolwiek w moim odczuciu nieco zbyt melodramatycznie rozwiązała autorka kilka kwestii.

Przyznać jednak trzeba, że znakomicie udało się Mackintosh opisać atmosferę letniskowej nadmorskiej miejscowości, w której wszyscy znają wszystkich, a drzwi każdego domostwa stoją otworem. Urzekające są także deskrypcje krajobrazów i portrety tubylców. Słabość dostrzegam jedynie w rozwiązaniu zagadki kryminalnej, choć towarzyszące temu okoliczności uznaję za nader interesujące, acz niezbyt wiarygodne.

Podsumowując – Pozwolę ci odejść to rzecz napisania i zrealizowana bardzo przyzwoicie; widać, że autorka ma potencjał i jeśli tylko zechce go rozwijać, to – mimo że nie stanie się następną Caroline Graham brytyjskiej literatury – jej nazwisko firmować będzie powieści całkiem udane. Wystarczy jeszcze odrobinę popracować nad zautentyzowaniem wydarzeń i redukcją namiaru zbiegów okoliczności. Tudzież zmniejszeniem stopnia psychopatyczności dyżurnego psychopaty. Rozrywka w sam raz na długą, chłodną kąpiel podczas upiornych upałów, choć spocenia się z emocji raczej nie przewiduję…

PS. Sugeruję porównać polską wersję okładki z wydaniem anglojęzycznym, a wówczas mój komentarz na temat wtłaczania twórczości Mackintosh w określone ramy będzie tym bardziej uzasaniony.

  • Autor: Clare Mackintosh
  • Tytuł oryginalny: I Let You Go
  • Przekład: Magdalena Rychlik
  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Data publikacji: 2015-06-23
  • Opis z okładki: Tragiczny wypadek rozegrał się na jej oczach, nie była w stanie mu zapobiec. Czy na pewno? Świat Jenny Gray kończy się w ułamku sekundy, kiedy w wypadku ginie jej synek. Jedyną szansą na powrót do normalności jest porzucenie całego dotychczasowego życia. Ucieka od przeszłości do maleńkiej wioski na walijskim wybrzeżu. Mimo to nie jest w stanie uwolnić się od lęku, rozpaczy i wspomnień strasznej listopadowej nocy, która na zawsze zmieniła jej życie. W końcu w życiu Jenny pojawia się iskierka nadziei na szczęście. Jednak przeszłość nie zamierza zostawić jej w spokoju, a konsekwencje zderzenia z nią będą miażdżące… Czy można uwolnić się od traumatycznych wspomnień? Jak poradzić sobie z paraliżującym strachem?