Powroty zmarłych

John Ajvide Lindqvist

John Ajvide Lindqvist zasłynął w naszym kraju dzięki ekranizacji powieści „Wpuść mnie”, ale jego nazwisko chyba nie zapisało się trwale w pamięci czytelników, bo oprócz wspomnianej książki ukazały się tylko dwie – „Ludzka przystań” i właśnie „Powroty zmarłych”, wszystkie trzy nakładem wydawnictwa Amber.

Nieprawdziwe byłoby stwierdzenie, że wbrew pierwszym skojarzeniom „Powroty zmarłych” nie są powieścią o zombie. Jednak należałoby od razu dodać, że te zombie nie zjadają mózgów, a zamiast tego wywołują głęboki niepokój i konsternację – w końcu obudzenie się nieboszczyków samo w sobie jest dość przerażające i nie trzeba wcale litrów posoki. Lindqvist zadbał o to, by trzymać czytelnika w nieustannym napięciu, bawiąc się jego oczekiwaniami.

Ani okładka ani opis „Powrotu zmarłych” nie zachęca do lektury. A przynajmniej nie kogoś, kto chciałby sięgnąć po nieco ambitniejszą lekturę niż kolejne czytadło pełne rozkładających się ciał i odcinania głów zaostrzonym szpadlem. Przyznaję, że nawet ja dałam się zwieść, choć jakże enigmatyczne stwierdzenie nazywające dzieło Lindqvista „połączeniem horroru z powieścią” powinno dać mi do myślenia – w końcu według potocznego postrzegania horroru gatunek ten z zasady nie wznosi się ponad krew i flaki, więc ta tajemnicza „powieść” to właśnie musi być wartość dodana, której przecież chętnie wypatruję.

Znane wszystkim „Wpuść mnie” Lindqvista nie zrobiło na mnie tak dobrego wrażenia jak na innych recenzentach. Nie dostrzegłam w tej książce głębi, którą tak zachwycali się wszyscy inni. Owszem, na pewno na tle innych powieści o wampirach wyróżniała się i w zasadzie na pewnym poziomie „Wpuść mnie” jest bardzo podobne do „Powrotów zmarłych” – w obu książkach autor bierze na warsztat przerobiony już na milion sposobów motyw i tworzy prozę przemyślaną, przeznaczoną dla czytelnika obytego w temacie. Tylko nadal nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest świetnym psychologiem – a przynajmniej nie na poziomie kreacji postaci. Jego bohaterowie są typowi, bo też tacy mają być; dla mnie obie powieści służą pokazaniu, co wymyślona przez człowieka upiorna postać może powiedzieć o nim samym. W „Powrotach zmarłych” doszukuję się metafory, którą przedstawić można jedynie za pomocą postaci reprezentujących typowe postawy i właśnie tak ich używa Lindqvist. Musiałam chyba przeczytać jego drugą książkę, żeby to zrozumieć. I tak coś czuję w kościach, że na dwóch się nie skończy.

  • Autor: John Ajvide Lindqvist
  • Tytuł oryginalny: Hanteringen av odöda
  • Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny
  • Wydawca: Amber
  • Data publikacji: 2009
  • Format: 208 stron, okładka miękka
  • Opis z okładki: Martwi wstają z grobów… Eva ginie w wypadku samochodowym. Jej mąż błaga Boga, by sprawił, żeby żona do niego wróciła. I Eva wraca, ale nie taka, jaką David pamięta. Elvy do końca opiekowała się chorym mężem. Za dwa dni odbędzie się jego pogrzeb. Ale oto mąż znów jest przy niej. Elvy ma jednak wrażenie, jakby tylko udawał, że żyje. Znany dziennikarz Gustav Mahler jest załamany po śmierci wnuka. Nagle chłopiec ożywa – odmieniony. Zmarli wracają. Po co?
  • Ja mam nieco awersji do tej serii z Amberu. Z jednej strony na pewno jest w niej kilka naprawdę dobrych książek, które znać warto a czytać miło, ale mi się trafiały niemal same bardzo złe, na przykład „Pociąg upiorów” albo po prostu nudne, na przykład „Blues duchów”. Niemniej jeśli do niej wrócę, to na pewno sięgnę po coś Lindqusta. Bo taki Little chyba na całe życie mnie zniechęcił ;)

    • Agnieszka Brodzik

      Teraz przeczytałam „Amok” Moody’ego i słabizna. W ogóle szkoda, że Amber tak słabą redakcję ma. Czasem aż zęby bolą i może niektórzy nawet nie zaczają, że „kiepsko się czyta” właśnie przez to, a nie przez jakość oryginału.