Porcelanowy konik

Helene Tursten

Mistrzyni szwedzkiego kryminału (jak głosi okładka) wypada wyjątkowo blado na tle dokonań swoich rodaków. To, co najmocniejsze w skandynawskich kryminałach, czyli ponury klimat, surowe realia przyrody oraz trzymająca w napięciu akcja, tutaj rozmywa się w jałowej intrydze oraz nieustannym göteborskim deszczu.

Znany i majętny Richard von Knecht spada z balkonu na bruk ulicy niemal u stóp swojej żony i dorosłego syna. Sprawa wygląda na samobójstwo, jednak szybko okazuje się, że w śmierć milionera zamieszany był ktoś trzeci. Śledztwo podejmuje inspektor Irene Huss wspomagana przez kolegów z wydziału. Zawiązanie fabuły jest standardowe, podobnie jak w większości przypadków w tego typu literaturze. Nic nie ma w tym dziwnego, ten schemat wymusza niejako typ samej powieści kryminalnej. Gorzej jest natomiast z poprowadzeniem wątku dalej. Helene Tursten kreuje fabułę mętną, chaotyczną i nużącą. Początkowe zainteresowanie szybko przeradza się w zmęczenie. Kolejne wydarzenia w powieści następują po sobie w sposób, który jest mało wiarygodny. Obrazowo mówiąc, wygląda to trochę tak, jakby autorka na siłę składała ze sobą niepasujące kości domina. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że sam pomysł jest niezły i zdarzają się bardziej ożywcze momenty, najpierw trzeba się przebić przez pokłady literackiego mułu, co skutecznie zniechęci nawet najwytrwalszych. W narracji Helene Tursten brak iskry, polotu oraz pomysłu na połączenie elementów układanki.

Göteborg w Porcelanowym koniku to deszczowe miejsce. W zasadzie tyle można powiedzieć o tym mieście. Scenerie odmalowane są słabo, ginie gdzieś charakterystyczny dla skandynawskich kryminałów surowy klimat. Wątek obyczajowy jest za to obecny i autorka wyraźnie stara się go rozbudować, ale wychodzi to raczej pokracznie. Autorka zastosowała zabieg połączenia kreacji życia prywatnego swojej głównej bohaterki z ostrzegawczym apelem przeciwko nazizmowi i radykalizacji społeczeństwa. Wiem, że Szwecja jest kolebką liberalizmu, ale takie połączenie w zwykłym czytadle jest mieszanką wybuchową. Wynika z niego nie tylko zachwianie proporcji, lecz także zwykła pretensjonalność.

Osobną sprawą są postacie przewijające się przez karty Porcelanowego konika. Jest ich sporo i wszystkie raczej odbijane od jednej sztancy, nie licząc drobnych modyfikacji. Irene Huss jest protagonistką tylko z opisu na okładce. Często schodzi na dalszy plan kosztem eksponowania jej znajomych po fachu, skądinąd postaci mdłych i bez wyrazu. Po pewnym czasie zaczynają się one zlewać ze sobą.

Nie wiem czy styl powieści, bardzo sztywny i momentami nieco sztuczny, jest zasługą autorki czy też tłumaczenia. Tak czy inaczej potęguje on tylko poczucie znużenia. Porcelanowy konik jest pierwsza pozycją od bardzo długiego czasu, przy której zmuszałem się do czytania.

Pierwszy tom cyklu o szwedzkiej inspektor to ciężka lektura dla zatwardziałych fanów skandynawskiego kryminału. Ja mistrzostwa Helene Turstem, zapowiadanego szumnie na okładce, nie widzę. Nie wyglądam też kolejnych części – ta wymęczyła mnie wystarczająco, chociaż są ciekawsze momenty. Szkoda, że zostały przykryte słabą fabułą i mdłymi bohaterami. Na koniec mały plus dla wydawcy za całkiem przyjemną dla oka okładkę.

  • Autor: Helene Tursten
  • Tytuł oryginalny: Den krossade tanghästen
  • Przekład: Danuta Wencel
  • Wydawca: Replika
  • Data publikacji: 2016-03-15
  • Format: okładka miękka, s. 408
  • Opis z okładki: Nikt nie widział jak spadał w kompletnych ciemnościach. Był listopad. Richard von Knecht uderzył z hukiem o mokry chodnik na Molinsgatan w Göteborgu... Inspektor Irene Huss zaczyna dochodzenie w sprawie, która wygląda na samobójstwo, popełnione w bogatej rodzinie. Ale to tylko pozory. Pojawiają się następne ofiary. Policjantka trafia na trop przebiegłego i niebezpiecznego mordercy. Na podstawie cyklu Inspektor Irene Huss powstał wyśmienity serial telewizyjny z Angelą Kocacs w roli głównej.