Pieśń bogini Kali

Dan Simmons

„Pieśń bogini Kali” to pierwsza powieść Dana Simmonsa i, niestety, wyraźnie się to czuje. Najmocniej na poziomie narracji, która przez większość czasu jakby pędzi nie wiadomo gdzie, zupełnie niepotrzebnie, bo książka nie jest przeładowana akcją – ma po prostu gadatliwego narratora, który skupia się nie na tym, co trzeba. Przede wszystkim jednak Simmons już chyba ostatecznie ugruntował we mnie opinię, że narracja pierwszoosobowa może sprawdzała się u klasyków, ale w dzisiejszych czasach albo trąci myszką albo – jak w tym przypadku – brzmi amatorsko. Wydaje mi się, że „Pieśń bogini Kali” wiele by zyskała, gdyby Simmons zastosował w niej narrację trzecioosobową. W zasadzie jestem przekonana, że młodszy Simmons napisałby „A Winter Haunting” z narracją pierwszoosobową, skoro jest aż tak wyraźnie skoncentrowana na głównym bohaterze (czy tam jest choć jedna scena bez jego udziału?), a przecież AWH ma o klasę – co tam! dwie klasy! – lepszą narrację niż „Pieśń bogini Kali”. Zresztą, Robert Luczak z PBK zwyczajnie nie jest też zbyt ciekawym bohaterem, raczej rozedrganym emocjonalnie poetą, który czasami zwyczajnie za dużo o sobie mówi (zwłaszcza na samym końcu, kiedy niemiłosiernie przeciąga epilog opowieści).

Gdyby oceniać tę książkę z perspektywy innych dokonań Dana Simmonsa, to nawet przy krytykowanej przeze mnie „Trupiej otusze” wypadłaby bardzo źle. Jednak jeśli pominąć te problemy z narracją, powieść miała swoje momenty – Simmons może napisał „Pieśń bogini Kali” nie najlepiej, lecz przemyślał ją całkiem nieźle i mamy tutaj co najmniej kilka świetnych scen, dużo doskonale grających niedopowiedzeń (Simmons pięknie miesza czytelnikowi w głowie, nie rozstrzygając do końca, czy zadziało się w tej opowieści cokolwiek nadnaturalnego) i sprawnie splecioną intrygę, która kończy się w niespodziewany i dramatyczny sposób.

Nie podejmę się oceny obrazu Indii odmalowanego przez Simmonsa, ponieważ nie czuję się w żadnym stopniu znawcą tematu. Mogę powiedzieć tylko tyle, że Indie w „Pieśni bogini Kali” są pełne kontrastów, gdzie z jednej strony mamy sceny w hotelu, miejscu pozornie bezpiecznym przez jego iluzję uzachodnienia, lecz z drugiej poznajemy Indie piekielnie gorące, brudne i śmierdzące, gdzie świat zachodni nie jest w stanie dotrzeć, gdzie królują dawne obyczaje i wierzenia. Innymi słowy, idealny świat dla horroru.

Zważywszy na to, jak trudno jest w tej chwili dostać „Pieśń bogini Kali”, raczej nie zaprzątałabym sobie tą powieścią głowy, nawet jeśli nie zasługuje na to, by ją definitywnie skreślać. Warto ją przeczytać jako ciekawostkę albo po to, by docenić pracę, jaką Simmons włożył w doskonalenie swojego warsztatu pisarskiego, jednak sama w sobie ma zbyt wiele wad, by była naprawdę wartościowa. Moim skromnym zdaniem jest też przy okazji dowodem na to, jak nieporadna narracja i brak szlifu może zniszczyć całkiem niezły pomysł na fabułę.

 

PS Bohaterem książki jest Amerykanin polskiego pochodzenia, Robert Luczak.

PSS Z opisu fabuły, jaki wydawnictwo wydrukowało na czwartej stronie okładki, usunęłam jedno zdanie, które było absolutnie niewybaczalnym spojlerem.

  • Autor: Dan Simmons
  • Tytuł oryginalny: Song of Kali
  • Przekład: Jan Zakrzewski, Ewa Krasnodębska
  • Wydawca: ALFA
  • Data publikacji: 1994
  • Format: ok. miękka, 328 s.
  • Opis z okładki: Kali -- bogini Śmierci i Zniszczenia. Patronka miasta-molocha Kalkuty została wygnana z tego padołu tysiące lat temu. Robert Luczak, wysłany do Kalkuty, aby zdobyć rękopis z rąk wskrzeszonego przez Kali poety, zostaje uwikłany w spisek mający na celu przywrócenie władzy bogini na Ziemi. Ten rękopis to więcej niż hymn na cześć bogini, to magiczne słowa, które mają uwolnić Kali, aby zło zapanowało nad światem. Luczak odmawia uwolnienia bogini Zniszczenia, ale niełatwo jest powstrzymać wyznawców bogini. Pieśń Kali rozbrzmiewa coraz głośniej.