Na opak

Oliver Onions

Długo musieliśmy czekać na ten tomik. W 1957 roku wyszły „Opowieści z dreszczykiem, noc druga” zawierające wyjątkowo cenioną w dorobku Onionsa „Wabiącą ślicznotkę” (tutaj przetłumaczoną jako „Zew pięknej”), później tylko efemeryczne wydawnictwo Civis Press w tomiku Ewersa czy Strobla zapowiedziało nigdy nie opublikowany tom jego opowiadań (a był to początek lat dziewięćdziesiątych) i wreszcie publikację obiecało C&T w swojej Bibliotece Grozy, jednak i w tym przypadku przyszło nam ostatecznie poczekać kilka lat od pierwszych niusów. Z pełnym przekonaniem przyznaję, że było warto.

„Na opak” Olivera Onionsa zawiera kilka takich opowiadań, sprawiających, że czułem się znów jak kilkunastoletni chłopak, którym horrory trzęsły i poniewierały. Zaczyna się brawurowym ghost story: „Zew pięknej” należy do najlepszych i najsugestywniejszych tekstów tego nurtu, w znakomity sposób rozwija klasyczne pomysły. Podobnie w „Widmie”, marynistycznej opowieści z dreszczykiem à rebours, która w narracji jest tak gęsta i intensywna, że trzeba złapać po niej oddech. Inaczej znów w „Papierośnicy”, która jest niemal bliźniaczo podobna do „Róży upiornej” Micińskiego, i równie świeża i porywająca mimo bardzo klasycznej formy. Najmocniejszym jednak elementem zbioru są trzy środkowe opowiadania: „Rooum”, „Benlian” i „Io”, z których dwa pierwsze czyta się jak Grabińskiego wymieszanego z Twainem – to doskonale skrojone weird fiction o potoczystej narracji, które czyta się z wypiekami na twarzy. „Io” mogłaby się wpisywać w tę samą tradycję, ale łączy się również z kolejną. „Io” jest weird fiction balansującym na krawędzi urojonych, baśniowych światów, które znaleźć można w twórczości chyba niemal każdego z tuzów gatunku. Bierce, Poe, Lovecraft, Machen, Blackwood i Chambers mają w swoim dorobku historie, które bardziej niżeli strach eksplorują uczucie cudowności, a te najłatwiej wyrazić przez sugerowanie magicznej natury świata i baśniowe nawiązania. Fakt, iż można ten motyw, doskonale wykorzystany w „Io”, odnaleźć w zupełnie różnych ujęciach tak wielu pisarzy, sam w sobie jest zupełnie niesamowity. Trudno tę „cudowność” wytłumaczyć, bo bazuje na ulotnych wizjach, ale jeśli znacie „Króla w żółci”, „Biały lud” czy „Między światłami”, nie muszę wam nic więcej tłumaczyć.

Bezsprzecznie „Na opak” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie do tej pory ukazały się w serii. Wspaniały jest sposób, w jaki Onions potrafi budować nastrój opowieści, pisząc gęstą i ciężką, ale hipnotyczną prozę. Pozostaje wymagający wobec czytelnika, wynagradza mu to jednak po wielokroć. Być może również zdarza wam się myśleć, że po latach eksplorowania horroru i po przeczytaniu tysięcy stron literatury grozy, ta po prostu wam spowszedniała i nie wywołuje już takich emocji jak dawniej. Cóż, czytając „Zew pięknej” czy „Benliana” czy niemal każdy inny utwór z tego zbioru, będziecie mogli wrócić do tego stanu obcowania z pierwotnym i głębokim uczuciem misterium tremendum. Albo inaczej: Onions wami wstrząśnie i da wam jeszcze raz odczuć tę pierwotną, upajającą grozę, która towarzyszyła wam przy pierwszych kontaktach z gatunkiem. Żywię szczerą nadzieję, że na tym jednym zbiorze wydawca nie poprzestanie, kolejny tom tego autora będzie będę wyczekiwał podobnie jak Machena, Blackwooda czy Chambersa. A to chyba wystarczy jako rekomendacja.

  • Autor: Oliver Onions
  • Tytuł oryginalny: Widdershins
  • Przekład: Katarzyna Maciejczyk
  • Wydawca: C&T
  • Data publikacji: 2016-12-05
  • Cena: s. 232
  • Seria: Biblioteka Grozy
  • maszynistaGrot

    Rzeczywiście „Zew pięknej” jest wyjątkowym opowiadaniem, będzie trzeba kiedyś jeszcze do niego powrócić.

    Co do pozostałych opowiadań bym polemizował. Przyznam, że za bardzo mi w pamięci nie pozostały, ale być może za szybko je przeczytałem.

    A co do kolejnych tomów to u mnie nic się nie zmieniło – priorytet cały czas mają Blackwood i Machen.

    • Wiesz co, polecam jeszcze kiedyś do niech wrócić, myślę że warto. Są inne niż „Zew pięknej”, ale naprawdę nie gorsze. Ja w nich widzę naprawdę sporo z Grabińskiego, tylko w innym ujęciu, bardziej gawędziarskim. No a „Io” już wpada w klimaty Chambersa czy baśniowości Lovecrafta i wypada świetnie.