Liczby Charona

Marek Krajewski

Morderstwo i matematyka

Od pierwszego spotkania z literaturą Marka Krajewskiego, które miało miejsce kilka dobrych lat temu, jestem nią nieustannie zauroczony. Uwielbiam przygody wulgarnego Mocka, postaci może niekoniecznie oryginalnej, ale znakomicie wykreowanej. Nieco mniej serca oddałem kryminałom pisanym w duecie z Czubajem. Kiedy jednak wrocławski pisarz postanowił szanownego Ebeharda zastąpić nowym bohaterem i z Breslau przeprowadzić akcję do Lwowa, miałem początkowo pewne wątpliwości. Wierzyłem w talent i rozsądek autora, ale zwyczajnie szkoda było mi rozstawać się z nastrojem przedwojennego Wrocławia i Mockiem.

Jednak kolejno znakomita, przejściowa Głowa Minotaura oraz w pełni lwowskie Erynie okazały się wszystkie wątpliwości rozwiewać. Detektyw Popielski okazał się być bohaterem nieco innym, choć w schedzie po poprzedniku przejął to i tamto. Dopiero jednak Liczby Charona pokazały ogromny potencjał tej postaci.

Popielski nie jest już komisarzem, bieduje, udzielając korepetycji z łaciny i matematyki. Godność i ferment, jaki po sobie zostawił w dawnym miejscu pracy, nie pozwalają mu na powrót do dawnego zawodu. Miota się więc między barami, coraz to skromniej sobie poczynając – co dla takiego oryginała i dandysa nie jest wcale przyjemnością. Tymczasem we Lwowie zamordowana zostaje pewna starowinka, a na miejscu zbrodni policja odnajduje dziwny szyfr napisany po hebrajsku. Były komisarz rzecz jasna brać udziału w śledztwie nie może, podejmuje się jednak nieoficjalnie pracy detektywa – w sprawie zgoła odmiennej. Wiadomym jest, że ostatecznie będzie musiał znaleźć się powód, by oba śledztwa połączyły się i, rzecz jasna, tak się staje.

Dalej, wiadomym jest, że Popielski będzie stosował metody, które nabył od wrocławskiego kolegi, a więc będzie wulgarny i będzie wpadał w pasję, będzie brutalny, będzie wreszcie łamał zasady i wył pijany nocami ze wściekłości. Wiadomo, że znajdzie się miejsce na miłość – i tę fizyczną, i mającą swoje źródło w uczuciach. Krajewski pod tymi względami zupełnie nie zaskakuje – ale tym samym również nie rozczarowuje – tylko mam wrażenie, że jego biegłość pisarska i smak z powieści na powieść coraz bardziej są znakomite (a już w debiutanckiej Śmierci w Breslau był to przecież pisarz ogromnego kalibru). Krajewski mógłbym pewnie bez większej szkody finansowej osiąść na laurach i co rok wypuszczać kolejną wariację na temat. A on, choć opanował już znakomicie swoją formułę, to zdaje się, że nadal widzi literacki Parnas gdzieś w oddali, więc każdy krok stawia ostrożnie, cyzeluje szczegóły warsztatu i fabuły.

Rozczarować muszę tych, którzy czekają na łyżkę dziegciu. Nie znajduję w tej powieści słabych stron, zachwyca mnie ona tak, jak i poprzednie – i nawet jeśli ma jakieś wady, to giną one pod natłokiem plusów i chyba trzeba by mi było wielkiej złośliwości i uporu, bym marnował czas na ich wygrzebywanie. Za to wycyzelowany i przepyszny styl Marka Krajewskiego połączony z drobiazgowo stworzoną fabułą, wspaniałymi opisami i charakternymi dramatis personae – to wszystko mnie zniewala po raz kolejny. Chyba takich, jak ja nazywa się właśnie wielkimi fanami, a to wcale nie wstyd, zwłaszcza w obliczu tak dobrej literatury.

  • Autor: Marek Krajewski
  • Wydawca: Znak
  • Data publikacji: 2011-05-18
  • Cena: 32,90
  • Format: s. 248, oprawa miękka
  • Seria: Popielski
  • Opis z okładki:

    Maj 1929 roku. Lwów. Komisarz Edward Popielski wyleciał z policji za niesubordynację. Wreszcie ma czas na rozwiązywanie zagadek matematycznych i... na miłość. Namówiony przez piękną Renatę podejmuje się ryzykownego zlecenia i szybko wpada w kłopoty. A we Lwowie znów wrze. Brutalne morderstwa wstrząsają miastem. I tylko policja wie, co kryje w sobie tajemniczy list od mordercy.

    W Liczbach Charona Popielski ma szansę zmienić swoje życie - wrócić do policji i założyć rodzinę z ukochaną kobietą. Ale miłość jest ślepa, podobnie jak sprawiedliwość...