Kolonia

Tana French

Niechciane prawdy

Wyobraźcie sobie idylliczną scenerię, w której opodal pachnącego morzem brzegu rozciąga się osiedle jasnych, schludnych domków, w których mieszkają równie schludni i szczęśliwi właściciele oraz ich rodziny. Ta wspaniała kolonia, ulokowana w sielskim zakątku, oddalona jest od cywilizacji o dobrą godzinę drogi. Nie ma tu sklepów, pubów, szkoły, przedszkola, nawet posterunku policji. To wyizolowane terytorium, które jedynie z zewnątrz przypomina nieskazitelnie harmonijną rzeczywistość. Tymczasem prawda jest zgoła odmienna.

W powieści Kolonia Tana French, sympatyczna pisarka mieszkająca w Irlandii, po mistrzowsku kreśli zarówno intrygę, jak i skomplikowanych, niejednoznacznych bohaterów czy słodko-gorzką niepokojąca atmosferę wcale nie tak szczęśliwie zamieszkanego osiedla. Tam właśnie bowiem zostają znalezione ofiary okrutnego morderstwa, popełnionego na Patricku i dwójce jego dzieci, Emmie i Jacku. Z życiem uszła tylko pani domu, Jennifer Spain, która utrzymuje, że nie pamięta niczego z wieczoru, kiedy miał miejsce atak.

Warto na wstępie zaznaczyć, że wszystko, czego dowiaduje się czytelnik pochodzi z pierwszoosobowej relacji detektywa prowadzącego śledztwo. Michael Kennedy to człowiek bardzo niełatwy w pożyciu, niepotrafiący budować więzi, ale będący doskonałą (niemalże) maszyną do rozwikływania trudnych spraw kryminalnych. Uporządkowany, zdystansowany, ogląda ludzkie historie w sposób beznamiętny i pozbawiony wyrozumiałości, choć sam przecież został mocno przez los pokaleczony. Kennedy jest nieskazitelnym profesjonalistą, który ze śledztwa czyni sztukę, a jego wirtuozeria niektórych drażni, innych fascynuje.

Widać wyraźnie, że French zna się na kreowaniu niebanalnych postaci; choć nie brak tu klisz (stary policyjny „wyga” w kontrze do młodego, debiutującego w roli detektywa nad-empatycznego Richiego Currana, niezdrowe zachowania sąsiadów), przyznać trzeba, że po mistrzowsku rozegrane zostają tak historie, jak i dialogi czy związki między poszczególnymi postaciami. Także ich motywacje ukazane zostają w sposób przekonujący, zaświadczając o zdolnościach obserwacyjnych pisarki i jej talencie do kreślenia drobiazgowych psychologicznych portretów. Asumpt temu stwierdzeniu dają misternie splecione, inkrustowane scenkami  z przeszłości, historie ofiar, a także samego detektywa, uwikłanego w niełatwe a skrzętnie ukrywane sprawy rodzinne. Ogromne wrażenie czyni też osadzenie fabuły w rzeczywistości kryzysowej, w której nic nie jest takie, jak kiedyś i jeśli ma ulec zmianie – to wyłącznie tej grawitującej ku katastrofie. Wszyscy bohaterowie, w pewnym sensie nawet także zamordowane dzieci, są skażeni i skazani na niezbyt fortunny los.

Intryga wbrew pozorom nie jest rozbudowana czy skomplikowana; w zasadzie jeśli dobrze się przyjrzeć, zdarzenia ogniskują się wokół miejsca, w którym dokonana została zbrodnia. Tam dążą, tam się spotykają, tam wreszcie zyskują wyjaśnienie. W horrorze, którym wszak powieść French nie jest, co wypada zaznaczyć z uwagi na specyficzny sposób kreowania nastroju, bardzo często pojawia się motyw złego miejsca, emanującego negatywną energią, pożerającą pechowców, którzy się zeń zetkną. Taka jest poniekąd sytuacja bohaterów Kolonii – stają się oni zarówno ofiarami własnych poczynań, jak i oddziaływania terytorium, w którym istnieją. Archetypiczne jest tutaj tak przeczucie nadciągającego nieszczęścia, negacja ostrzeżeń, jak i tajemnicze, lecz nigdy niewidziane stworzenie, wokół istnienia którego w pewnym momencie obudowana zostaje opowieść. Te drobne niuanse w połączeniu ze znakomitą obserwacją obyczajową (nieco przerysowana, komiczna momentami pani Gogan i jej niepokojący syn Jayden, także relacja siostrzana między Jenniffer Spain a jej brzydszą i mniej dotąd szczęśliwą siostrą Fioną Rafferty) oraz kreśloną na drugim planie historią rodzinną detektywa Kennedy’ego stanowią subtelne arcydzieło sztuki pisarskiej.

Nawet finał śledztwa okazuje się pasować do finezyjnie zmontowanej całości, w której czytelnik po wielekroć wiedziony był na manowce, lecz tyle samo razy kierowany na właściwy trop. French umiejętnie żongluje konwencją, pokazując pisarski pazur nie tylko w konstrukcji postaci, fabule, stylizacji, lecz również, a może przede wszystkim w wytrawnym ukrywaniu oczywistych prawd. Lektura niełatwa odbiorze, ale warta każdej poświęconej jej minuty.

  • Autor: Tana French
  • Tytuł oryginalny: Broken Harbour
  • Przekład: Paweł Wieczorek
  • Wydawca: Albatros
  • Data publikacji: 2015
  • Cena: 38,90
  • Format: s. 592, okładka miękka ze skrzydełkami
  • Opis z okładki: 100 km na północ od Dublina, w nowym osiedlu domków jednorodzinnych, dokonano napaści na rodzinę Spainów: z pierwszych danych wynika, że doszło do poczwórnego morderstwa. Sceneria zbrodni jest upiorna: zbudowane tuż nad morzem, na kompletnym pustkowiu, osiedle zaczęło powstawać w hossie 2006 roku, lecz wraz z nadejściem kryzysu w roku 2008 budowę przerwano, pozostawiając w większości niezamieszkałe i niedokończone osiedle. Dochodzenie w sprawie zbrodni zostaje zlecone parze detektywów: jednemu z najlepszych ludzi Wydziału Zabójstw, Michaelowi „Rewelce” Kennedy’emu i przydzielonemu mu do przeszkolenia, nowicjuszowi w wydziale – Richiemu Curranowi. Wiadomo, że sprawa ma najwyższy priorytet i będzie jej się przyglądać cała Irlandia.