Karaluchy

Jo Nesbo

W zakończeniu niedawnej recenzji „Metra 2034” pisałem, że powieść Glukhovskiego swoim poziomem obraca w pył inne dzieła niczym głowice atomowe. To zdanie przypomniało mi się przy okazji lektury „Karaluchów” norweskiego pisarza kryminałów, Jo Nesbo, ponieważ tytułowe owady, poza tym, że budzą powszechną odrazę, uważane są za jedne z nielicznych stworzeń, które przetrwałyby wojnę atomową. I faktycznie – druga z kolei powieść o komisarzu Harrym Hole jest tak dobra, że kunszt jej autora wręcz przeraża.

W jednym z domów publicznych stolicy Tajlandii znaleziony zostaje norweski ambasador. Tymczasem dyplomaci w Oslo, starając się nie nadawać sprawie rozgłosu, wysyłają na miejsce sierżanta Hole’a, tłumacząc decyzję sukcesem, jaki policjant odniósł w podobnej sprawie prowadzonej w Sydney oraz faktem, że wysłanie całego oddziału śledczego mogłoby utrudnić współpracę z lokalnymi służbami. Harry, dręczony nieustannie koszmarami przeszłości, przylatuje na miejsce i już po paru godzinach pobytu w Bangkoku widzi, z jak wielkim brudem wiąże się ta sprawa.

Tytuł „Karaluchy” jest strzałem w dziesiątkę. Książka jest po prostu brudna i kiedy czytałem ją, nieraz się czułem, jakbym miał w rękach prawdziwego owada. Nesbo, prowadząc akcję w Tajlandii, podjął jednocześnie bardzo trudny temat – pedofilię. Nie polecam tej książki osobom wrażliwym. Sam nie uważam się za specjalnie delikatnego, ale podczas tej powieści czułem się zwyczajnie nieswojo. Tytułując utwór w ten sposób, norweski autor nie odnosił się do karaluchów zamieszkujących rury zlewozmywaków w Tajlandii, ale do ludzi i parszywego wręcz brudu, który w nich zalega. Drugi raz na pewno tej książki nie przeczytam – kunszt kunsztem, fenomenalna intryga fenomenalną intrygą, ale niektóre tematy są zbyt ciężkie, by analizować je na przestrzeni ponad trzystu stron, a co dopiero do nich wracać.

Tak naprawdę robię autorowi reklamę. Przecież im książka bardziej wstrząsa czytelnikiem, tym lepiej. Dlatego bestsellerami stają się utwory, gdzie z ludzi wychodzi to, co najgorsze, gdzie autor zarysowuje nam mroczną stronę natury ludzkiej, gdzie wrażliwość czytelnika jest poddawana najgorszym torturom. I ja to rozumiem. Ileż razy to zachwycałem się powieściami, co przenicowały moją psychikę. Jednak teraz mówię najzwyczajniej – książka jest brudna. Bez zachęty: kupcie ją i zobaczcie, co kryje się w ludziach. Każdy powinien sam rozważyć, czy chce tarzać się w tym paskudztwie. I mam nadzieję, że ten fragment również nie zostanie wzięty za sprytny chwyt marketingowy.

Nie będzie nim również ten akapit, traktujący o intrydze, a to z tego powodu, że ona zwyczajnie reklamy nie potrzebuje. Nesbo jest prawdziwym mistrzem, jeśli chodzi o budowanie zagadek i sam ten jeden autor powoduje, że w moim rankingu Norwegia bije na głowę całą Szwecję wraz z jej Mankellem czy Lapidusem, nie ujmując oczywiście w niczym tym doskonałym pisarzom. Nesbo nie tylko wywiódł mnie w pole, ale też w pełen gracji sposób zrobił ze mnie kompletnego idiotę. Co więcej, przez moment pozwolił mi nawet poczuć się zwycięzcą, ale wtedy ostatnim twistem zburzył moją koncepcję niczym domek z kart, którą mozolnie budowałem. A raczej – uwierzyłem, że to ja ją buduję, podczas gdy byłem najzwyklejszą w świecie marionetką w rękach autora.

Przy takim tytule aż się prosi, by zarekomendować tę powieść żartobliwym przekształceniem znanego powiedzenia – „Karaluchy” do poduchy. Jednak w żadnym wypadku nie jest to powieść do czytania przed snem. Po pierwsze dlatego, że sny po takiej dawce brudu na pewno nie będą przyjemne, a po drugie dlatego, że intryga wciągnie do tego stopnia, że czytelnik prędzej doczeka się świtu, niż snu.

  • Autor: Jo Nesbo
  • Tytuł oryginalny: Kakerlakkene
  • Przekład: Iwona Zimnicka
  • Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
  • Data publikacji: 30 czerwca 2011
  • Cena: 29,90
  • Format: 320 s.
  • Opis z okładki: W domu publicznym w stolicy Tajlandii znaleziono ciało zamordowanego norweskiego ambasadora. W Oslo pospiesznie tworzony jest plan uniknięcia skandalu. Policjant Harry Hole wsiada do samolotu skacowany, z zastrzykami witaminy B12 w walizce i wkrótce zaczyna krążyć po zaułkach Bangkoku – wśród świątyń, palarni opium, dziecięcych prostytutek i barów go-go. Odkrywa, że w tej sprawie chodzi o coś więcej niż o morderstwo: za ścianami pełza coś, co nie znosi światła dziennego…