Infekcja

Scott Sigler

Gatunek jakim jest, uprawiany przez nieodżałowanej pamięci Michaela Crichtona, techno-thriller daje zastępom pisarzy niesamowite wręcz pole do popisu. Nauka i postęp technologiczny dostarczają co i rusz nowych pomysłów na niesamowite fabuły, ale prawda jest taka, że trzeba nie lada talentu i zaparcia, żeby z tego skorzystać. Scott Sigler, debiutujący na polskim rynku amerykański pisarz, w swojej „Infekcji” łączy horror właśnie z techno-thrillerem. Czy mu to wychodzi? Po części na pewno, jego powieść czyta się szybko i wciąga. Sporo w niej technicznych opisów, ale brakuje dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Osobiście odniosłem wrażenie, że autor w pewnym momencie niepotrzebnie zboczył z obranego na początku kursu, skierował akcję na tory krwistego spletterpunku i tylko na tym stracił.

W Stanach Zjednoczonych dochodzi do niepokojących wydarzeń. Przypadkowi ludzie, do tej pory spokojni obywatele, wpadają w niespotykany stan psychozy. Zabijają w makabryczny sposób swoich najbliższych i w końcu popełniają samobójstwo. Ich ciała ulegają nienaturalnie szybkiemu rozkładowi, więc trudno ustalić przyczynę tych zachowań. Brany jest pod uwagę atak terrorystyczny nieznaną bronią biologiczną, dlatego do akcji wkracza CIA. Agent specjalny Dew Phillips dostaje rozkaz rozpoznania zagrożenia i jeżeli będzie to możliwe, pojmania żywcem jednego z ewentualnych zakażonych. Wraz z panią doktor Margaret Montoyą próbuje odkryć źródło tajemniczej infekcji. W tym samym czasie u byłego footballisty Perry’ego Dawseya pojawia się wysypka, która zignorowana przeradza się wkrótce w osobliwe pasożyty.

O ile wątek Philipsa i Montoyi, który wydaje się mieć wiele więcej do zaoferowania, jest źle rozplanowany i szybko się wypala, o tyle historia Dawseya napędza „Infekcję” i powoduje, że nie można się od książki oderwać. To właśnie Perry, olbrzym mający problemy z agresją, gra główną rolę u Siglera i, o dziwo, ciężko nie sympatyzować z tą postacią. Pracujący jak wół były sportowiec, którego karierę zakończyła kontuzja, wydaje się zwyczajnie ludzki i normalny. Jego problemy i motywy są zrozumiałe, a codzienność, chociaż amerykańska, przyjemnie znajoma. Autentycznie mu współczułem, gdy okazuje się, jakie nieszczęście go spotkało. Momenty, w których jest przytomny, poświęca na konsekwentną walkę z pasożytniczymi Trójkątami i katowanie swojego ciała. Jest w tej serii samookaleczeń, chorego uporu i niesamowitej odwagi coś hipnotyzującego. Udało się Siglerowi świetnie nakreślić charakter Perry’ego i przemiana w jego psychice, która dokonała się pod wpływem Trójkątów, autentycznie smuci.

Reszta postaci jest zdecydowanie mniej ciekawa i odnoszę wrażenie, że autor nie próbował ich rozwinąć. Agent Philips i partnerująca mu doktor Montoya w pewnym momencie po prostu znikają. Ich śledztwo schodzi na dalszy plan i tak samo oni, a czytelnik z pewnością nie będzie do nich tęsknił. Pani doktor jest całkowicie nijaka i nieciekawa. Jej rola ogranicza się jedynie do rzucania suchych, naukowych faktów, do których doprowadziły ją przeprowadzane sekcje i badania. Życia w niej tyle, co w zwłokach na sekcyjnym stole. Natomiast Dew Philips jest najbardziej typowym agentem specjalnym, jaki wytworzyć mogła amerykańska kultura popularna. Podstarzały twardziel nastawiony wrogo do całego świata, do tego mający problemy w relacjach z córką. Z miejsca można wymienić tuzin filmów, gdzie można było spotkać podobnego faceta.

W „Infekcji” Scott Sigler dał upust swojej żądzy krwi. Brutalnych scen nie brakuje, a im dalej tym poziom okrucieństwa wzrasta. Opisy samookaleczenia zadawanego sobie przez Dawseya niejednokrotnie zmusiły mnie do zaciskania zębów. Zasługa w tym języka, jakim napisano powieść. Jest bardzo obrazowy i wynagradza częściowo popsutą konstrukcję i rwane tempo akcji. Poza tym za pomocą jednej, zamkniętej w mieszkaniu postaci autor potrafił podkręcić napięcie do maksimum, a to się rzadko zdarza. Nie ma co ukrywać, „Infekcja” ma swoje wady. Częściowo marnuje potencjał drzemiący w technicznych i proceduralnych aspektach tej historii. Od misternej „”Andromeda” znaczy śmierć” Crichtona dzielą ją tutaj lata świetlne. Jednak jako bezpretensjonalny, krwawy horror sprawdza się bardzo dobrze. Ludziom, którzy nastawiają się na akcję i obfitującą w krwawe sceny rozrywkę powinna przypaść do gustu.

  • Autor: Scott Sigler
  • Tytuł oryginalny: Infected
  • Przekład: Łukasz Dunajski
  • Wydawca: Papierowy Księżyc
  • Data publikacji: 25 lutego 2010
  • Cena: 33 zł
  • Format: 450 s.
  • Opis z okładki:
    Seria tajemniczych i wyjątkowo okrutnych morderstw wstrząsa Stanami Zjednoczonymi. Ich sprawcami są zwykli ludzie. Jakby jakaś niewidzialna siła kazała im pozabijać swoje rodziny i siebie samych. Jakby byli czymś zarażeni…
     
    Amerykański rząd stara się ukryć sprawę przed społeczeństwem, żeby nie wywoływać paniki, a jednocześnie jak najszybciej unicestwić zagrożenie. Do akcji wkracza Dew Phillips, specjalny agent rządowy, którego zadaniem jest pojmanie choć jednej ofiary żywcem. To jedyna szansa, aby dowiedzieć się, jaka tajemnicza siła sprawia, że normalni obywatele zamieniają się w krwawe bestie.
    Coraz więcej oznak jednak wskazuje na to, że prawdziwe zagrożenie pochodzi nie od ofiar, ale od źródła śmiercionośnej Infekcji, która zalęga się w ich ciałach…
     
    W tym samym czasie Perry Dawsey, była gwiazda futbolu amerykańskiego, budzi się pewnego ranka i zauważa, że na jego ciele pojawiły się dziwne obrzęki. Obrzęki przeobrażają się w pasożyty w kształcie trójkątów, które zżerają go od środka. Wkrótce potem próbują przejąć we władanie jego myśli, Perry słyszy głosy i walczy z niekontrolowanymi atakami wściekłości… dopadła go Infekcja.
     
    Perry Dawsey podejmuje krwawą walkę z pasożytami, czyli… z własnym ciałem.
     
    Rozpoczyna się krwawy wyścig z czasem, który wgniata w fotel i pozostawia porcję świeżej krwi na każdej stronie!
    „Infekcja” to niewiarygodna mikstura horroru, thrillera i akcji na najwyższym poziomie!