Incognito: Skóra i krew

Piotr Czarnecki, Łukasz Ciżmowski, Łukasz Ciżmowski, Marianna Wysoczyńska

Bohater w starym stylu ze swojsko brzmiącym imieniem. Outsider i życiowy nieudacznik zamieniający się w nietypowego superbohatera. Brzmi ciekawie? I jest ciekawie.

Paweł K. to zwykły szaraczek, który pewnego dnia, w raczej nieprzyjemnych okolicznościach odkrywa w sobie nadprzyrodzoną moc – potrafi stać się niewidzialny. Tak oto wspomniany nieudacznik, kierowany poczuciem obowiązku aby wykorzystać niespodziewaną moc w słusznej sprawie, staje się zamaskowanym herosem – Incognito. Szybko okazuje się, że będzie miał ręce pełne roboty. Poza etatowymi drobnymi zbirami będzie musiał się zmierzyć z czymś znacznie poważniejszym i sięgającym głęboko w mroczny półświatek miasta, w którym przyszło mu żyć.

Incognito: Skóra i krew Piotra Czarneckiego i Łukasza Ciżmowskiego to zbiorcze wydanie trzech opowieści z tytułową postacią w roli głównej. Zaczyna się od historii wprowadzającej, która przedstawia bohatera, wyjaśniając po części jego genezę. Sama historia jednak zgrzyta, za dużo w niej niedopowiedzeń, brak głębi ukazania motywacji do chęci bycia bohaterem – wszystko pozostaje w domyśle czytelnika. Co prawda, sama postać intryguje. Wydaje się być żywcem wyjęta z filmów o Niewidzialnym człowieku – twarz w bandażach, długi płaszcz, a jako dodatek kilka swojskich ale pomysłowych gadżetów.

Im jednak dalej, tym lepiej. W dwóch kolejnych częściach, składających się w jedną większą całość, duet Czarnecki i Ciżmowski rozwija skrzydła. Incognito tym razem mierzy się z psychopatycznym mordercą i otrzymuje w tej walce niespodziewaną pomoc. Więcej nie zdradzę, szkoda psuć zabawy. Mogę jednak z czystym sumieniem napisać, że ten komiks stanowi istną paletę zapożyczeń z popkultury. Z klasyków kina noir, czarno białych filmów grozy przeplatanych z nowoczesną kulturą masową. Wszystko to zostaje podane w sposób lekki i zadziwiająco spójny – taki, w jaki chyba tylko komiks może zaoferować w łączeniu tylu różnorakich wątków i inspiracji.

Co do samej tytułowej postaci – Incognito da się lubić. W życiu prywatnym stoi na przegranej pozycji, w żadnej pracy nie może zagrzać miejsca, jest sarkastyczny a jego odzywki naprawdę wywołują szczery uśmiech. Brawa dla scenarzysty, ponieważ dialogom ciężko cokolwiek zarzucić, może poza kilkoma zapożyczonymi i już mocno wyświechtanymi cytatami. Sama fabuła jest jednak zbyt poszatkowana. Niejednokrotnie miałem wrażenie nagłego przeskoku, co przyprawiało o niemały dyskomfort w lekturze, chociaż sama akcja mknie z zawrotną prędkością. Właśnie to, poza średnim wprowadzeniem jest największym mankamentem pierwszego tomu przygód Incognito.

Jeśli chodzi o kreskę – jest różnie. Początkowe plansze są jakby niestaranne, później jest lepiej, chociaż jak dla mnie jest za mało detali, miejscami rysunki są zbyt uproszczone. Szwankuje także dynamika starć. Nie wiem, czy to skutek obranej konwencji ale osobiście mi to odrobinę przeszkadzało, zwłaszcza, że rysownik ma widomy potencjał. Teraz coś na plus. Na dobre komiksowi wychodzi czarno-biała stylistyka, która podkreśla i stanowi podbudowę ogólnego klimatu tomu. Także oponenci Incognito są przemyślani i ciekawie narysowani, czego niestety nie zawsze można powiedzieć o innych postaciach, nawet tych pierwszoplanowych.

Słowem podsumowania: pierwsza odsłona Incognito zadowala i wciąga pomimo kilku poważnych mankamentów. Czarneckiemu i Ciżmowskiemu udało się stworzyć bohatera, który jest autentyczny. Zaprezentowane historie miło się czyta i ogląda, a gdy przewracamy ostatnią stronę ma się ochotę na więcej. To chyba najlepsza rekomendacja, chociaż jak już wspominałem, trzeba być przy lekturze wyrozumiałym i wybaczyć potknięcia, zwłaszcza, ze to papierowy debiut.

P.S. Przez lekturę całego pierwszego tomu przygód Incognito, ten pseudonim wydawał mi się zupełnie głupi (proszę autorów o wybaczenie), aż nagle doznałem olśnienia – on jest taki specjalnie! To kolejna gra przyjętą konwencją i odwołaniami.