HEX

Thomas Olde Heuvelt

Zacznę od samego końca, a więc posłowia, bo skupia się w nim autor na kwestii, którą wskazałbym jako jedną z niewielu wad książki. Później skoncentrujemy się na superlatywach. Heuvelt już po finale powieści informuje czytelnika o czymś, co mogło go od początku lektury gryźć i powodować dysonans. Historia pierwotnie osadzona była w fikcyjnej holenderskiej miejscowości i dopiero szykując edycję na rynek międzynarodowy autor wprowadził szereg zmian w treści, przede wszystkim przeniósł fabułę za ocean. I oto z klątwą radzić muszą sobie mieszkańcy amerykańskiego Black Spring, zmieniają się nazwiska, a na stoły wjeżdżają hamburgery. Nie znając pierwotnej wersji, nie czuję się kompetentny do oceny tego zagrania. W przypadku czytelników z USA być może ma to sens, wszak tamtejsza kultura uwielbia remake’i. Jednak jako czytelnik o innych korzeniach i innych doświadczeniach kulturowych wolałbym oryginalną wersję i czuję, że holenderskie Black Spring głębiej by we mnie osiadło.

Przygotowując grunt do pochwał wspomnę jeszcze, że motyw przeklętego miasteczka uważam za wyjątkowo trudny do zrealizowania w sposób nie godzący w inteligencję i dobry smak czytelnika. Pomimo rozlicznych zalet „Pana na Wisiołach”, zupełnie nie kupiłem koncepcji powieści Piotra Kulpy z magicznym cygańskim grajkiem, a „Bar dla potępionych” Kealana Patricka Burke’a szczerze wszystkim odradzam, czytelnikom tej recenzji również. Motyw ten wymaga od autora wielkiej precyzji i doskonałego przemyślenia koncepcji, mowa przecież o wiosce czy prowincjonalnym miasteczku, czymś, czego nie da się sprowadzić do psychotopograficznego i wyrwanego z rzeczywistości koszmaru Ligottiego, tylko miejscu w przestrzeni, w które każdy może dotrzeć i które z trudem w XXI wieku mogłoby utrzymać swoje sekrety w tajemnicy. Mamy Internet, telefony, Facebooka, Youtube i Instagrama, którym nie umkną żadne szokujące informacje, i pisarz musi być tego świadom.

I wiecie co? Thomas Olde Heuvelt doskonale zdaje sobie z tego sprawę. I wie, co z tym zrobić.

Zabieg, jakim jest wprowadzenie w przeklęte miasteczko rządowej organizacji HEX jest bardzo sprytnym wytrychem, który umożliwia utrzymanie powieści w ryzach. Informacje o pojawiającej się regularnie na ulicach Black Spring wiedźmie nie wychodzą na zewnątrz, bo są ściśle reglamentowane, nie tylko na poziomie zmowy milczenia mieszkańców, ale też kontroli Internetu, systemu kar za nonkonformizm i wreszcie ciągłego trwania w gotowości do ukrywania zjawy przed przybyszami. Choćby zamykając drogę, na której ta się aktualnie znajduje, pod pozorem prowadzenia remontu. Brzmi to niedorzecznie? Bynajmniej, to jest znakomite! Tak jak HEX kontroluje (rzecz jasna do czasu) sytuację w mieście, tak Heuvelt nawet przez moment wydaje się nie tracić kontroli nad opowiadaną przez siebie historią. Może tylko pierwsze strony, na których wprowadza nas w dziwaczną rutynę, jaką żyje miasto, stawiają czytelnikowi pewien opór, ale kiedy czujemy się już oswojeni z wiedźmą z Black Spring, nagle historii puszczają hamulce i pochłania się kolejne rozdziały z niekłamaną przyjemnością.

HEX” nie jest kolejnym jedynie przyzwoicie napisanym horrorem, który ma dostarczać czytelnikowi książkowej paszy na bazie doskonale znanych składników. Heuvelt wydaje się być w horrorze oczytany i proponuje nam zabawę konwencją, w której zaczyna od mianowania bohaterów znanymi w świecie horroru nazwiskami, podrzuca nam tropy i parafrazy, z których najwyraźniejsze jest czerpanie w drugiej połowie z „Cmętarza zwieżąt” Kinga albo „Małpiej łapki” Jackobsa. Ale przede wszystkim skupia się na stworzeniu świetnie poprowadzonej historii, w której cudownie przestawia akcenty, starając się wycisnąć coś nowego z ogranego do bólu motywu. I tym razem naprawdę nie jest to tylko slogan.

I straszy. I w kilku scenach rozpala czytelnikowi policzki. Naprawdę nieczęsto mi się zdarza w horrorach trafić na scenę, która mnie zmrozi nie brutalnością, ale skutecznym użyciem języka. Bez wchodzenia w szczegóły dodam jeszcze, że kilka wolt fabularnych aż mi ścisnęło wnętrzności. Statystyk nie znam, lecz zgaduję, że to pewnie pierwszy opublikowany u nas holenderski horror od czasów antologii „Smutny kos” z roku 1983 i zapewne poza nią jedyny. Jednocześnie to obok „Przeklętego promu” Matsa Strandberga i „Strachu” Josefa Karika jeden z niewielu nieanglojęzycznych horrorów, które ukazały się na naszym rynku w tym roku.

HEX” nie jest powieścią bez wad, już na wstępie zaznaczyłem, że nie do końca gra mi umiejscowienie fabuły w amerykańskim miasteczku. Większość książki na tym nie traci, ale niektóre sceny na starym kontynencie zagrałyby wiarygodniej. To różnica jak między europejskim a hollywoodzkim kinem. Czy rzeczywiście by tak było, tego nie zweryfikuję, ale będę się trzymał tego podejrzenia, które trafia tu jeszcze raz na koniec być może właśnie po to, by recenzja nie sprawiała wrażenia, że mój zachwyt jest nieskończony. Nie jest, ale obecność powieści Heuvelta w zestawieniach najlepszych horrorów roku jest bezsprzecznie uzasadniona.

  • Autor: Thomas Olde Heuvelt
  • Tytuł oryginalny: HEX
  • Przekład: Piotr Kuś
  • Wydawca: Zysk i S-ka
  • Data publikacji: 2017-10-23
  • Cena: 39,90
  • Format: s. 438
  • Opis z okładki: Błyskotliwy horror, stanowiący połączenie klimatu niesamowitości z okultystyczną tajemnicą z przeszłości Ktokolwiek się tutaj urodzi, musi już tu pozostać do śmierci. Ktokolwiek się tu przeprowadzi, nigdy już tego miejsca nie opuści. Witamy w Black Spring, malowniczym miasteczku w dolinie rzeki Hudson, prześladowanym przez wiedźmę z Black Rock, kobietę, która żyła w siedemnastym wieku i której usta oraz oczy są zaszyte. Milcząca, krąży po ulicach miasta i kiedy chce, wchodzi do domów, które sama sobie wybiera. Nocami bez końca wystaje przy dziecięcych łóżkach. Wszyscy wiedzą, że jeśli kiedykolwiek otworzy oczy, konsekwencje mogą być straszliwe… Dorośli obywatele Black Spring dobrowolnie nałożyli na siebie kwarantannę, używają najnowocześniejszych technik, żeby nie dopuścić do ujawnienia klątwy, ciążącej nad miastem. Ale sfrustrowani taką sytuacją nastoletni chłopcy postanawiają złamać rygorystyczne zasady życia w Black Spring i sprzeciwić się bezustannej udręce. Jednak ich sprzeciw wkrótce pogrąży miasto w spirali średniowiecznych praktyk z zamierzchłej przeszłości…
  • Magikarp

    Przeczytałem i powiem tak – pierwsza połowa tej książki jest znakomita. Fajny pomysł, trochę humoru, lekki język, generalnie wprowadzenie do historii intryguje i bardzo wciąga, towarzyszy nam też niemałe napięcie, kiedy patrzymy na kolejne wybryki Jaydona i tylko czekamy, co wyniknie, jak już przegnie pałę.

    Natomiast druga połowa (co ciekawe – jest to ta część tekstu, którą autor napisał niemalże od zera na potrzeby rynku amerykańskiego) znacznie obniża loty. Zakończenie rozczarowuje i kojarzy mi się z połączeniem „Carrie” i „Cmętarza zwieżąt” Kinga, lecz i tak ma się wrażenie, że motyw znany z tego drugiego tytułu nie został należycie w tej powieści wykorzystany. Gdzieś ciągle wspomina się o nim w tle, czytelnik czeka, kiedy wreszcie coś z niego wyniknie, ale wtedy nagle przychodzi koniec.