Gra Geralda

Stephen King

Premierowe „Śpiące królewny” okazały się dla mnie sporym rozczarowaniem i to głównie ze względu na sposób zaprezentowania relacji na linii kobiety-mężczyźni. Rozczarowanie to jest tym większye, że tuż przed najnowszą książką duetu Kingów przeczytałem „Grę Geralda”, autorstwa Stephena, która porusza podobną tematykę i radzi sobie z nią o niebo lepiej.

Na wstępie wypada się przyznać, że choć nieformalna „trylogia kobieca” – na którą składają się „Rose Madder”, „Dolores Claiborne” oraz właśnie „Gra Geralda” – kusiła mnie od dawna, to dopiero ekranizacja tej ostatniej książki spowodowała, że zmobilizowałem się do lektury. Teraz już wiem, że to była dobra decyzja, bo w moim prywatnym rankingu ten tytuł wylądował dość wysoko. A z jaką historią mamy do czynienia?

Jessie Burlingame wybiera się z mężem Geraldem, wziętym prawnikiem, na romantyczny weekend do chatki nad jeziorem. Para planuje zabawę erotyczną z użyciem kajdanek, ale całość kończy się fatalnie i Jessie zostaje sama w odludnej okolicy, przykuta za oba nadgarstki do łóżka. Wydaje się być to sytuacja bez wyjścia, a aktualny dramat przypomina Jessie traumatyczne przeżycie z dzieciństwa. Czy znajdzie w sobie dość siły, aby się uwolnić?

Już po zarysie fabuły widać, że jest to historia dość nietypowa jak na Kinga. Skupiamy się na jednym głównym wątku, w zasadzie większość akcji rozgrywa się w jednym miejscu, a całość jest bardziej dramatem psychologicznym niż typowym thrillerem albo horrorem. Nie byłem przekonany, czy historia kobiety przykutej do łóżka to temat na ponad trzystostronicową powieść i nie wiedziałem, czego tak naprawdę oczekiwać. Niemniej obrana przez autora droga okazała się strzałem w dziesiątkę. Tym bardziej, że udała się Kingowi nie lada sztuka i stworzył powieść wyjątkowo precyzyjnie rozpisaną i przemyślaną. Tu nie ma rzeczy przypadkowych i nawet elementy, które początkowo mogą się wydawać nieprzystające do obranej konwencji, nabierają stopniowo znaczenia i w finale powieści splatają się w spójną całość.

Jednak dla mnie najmocniejszą stroną tej książki jest wiarygodność psychologiczna. Patrząc na szalejącą wokół aferę Weinsteina, akcję #metoo oraz liczne rozmowy wokół tego tematu, odnoszę wrażenie, że „Gra Geralda” może być ciekawym głosem w dyskusji. Pojawiający się w bowiem w powieści wątek molestowania seksualnego jest zaprezentowany z wyjątkowym wyczuciem i to na kilku różnych poziomach: samego aktu, który dla wielu krzyczących w internetowych rozmowach, że „teraz to już spojrzeć na kobietę nie można, bo to ją obraża”, nie jest pewnie niczym dramatycznym, lecz mnie – ojca małej dziewczynki – dosłownie przemielił emocjonalnie; krótko- i długofalowych konsekwencji; oraz próby zmierzenia się z traumą po latach. Nie wiem, jak całość tej historii odbierają czytelniczki, ale w mojej ocenie King rozpisał to tak dobrze i tak wiarygodnie, że autentycznie mrozi momentami krew w żyłach i chyba nikogo nie pozostawi obojętnym.

Warto jednak zaznaczyć, że choć moim zdaniem to wątek psychologiczny robi tu największe wrażenie, powieść równie dobrze sprawdza się jako dreszczowiec. Naprawdę czuć upływający czas i narastającą rozpacz bohaterki, a napięcie King potęguje prostym zabiegiem: wątek z przeszłości jest odkrywany bardzo stopniowo i śledzimy go naprzemiennie z wydarzeniami z chaty. Taki sposób podania całości powoduje, że czytelnik cierpi na wyjątkowo silny syndrom „jeszcze jednego rozdziału”. Sam finał zaś – który łączy elementy rodem z dreszczowca i wątki psychologiczne, stawiając dodatkowo pewne wydarzenia w nowym świetle – to dla mnie jedno z najlepszych Kingowych zakończeń, jakie czytałem. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu takie spuentowanie całości przypadnie do gustu, ale jak dla mnie to była świetna rzecz.

Po lekturze uznałem, że ta historia nie nadaje się do przeniesienia na ekran telewizyjny. Dlatego film Flanagana, który możecie znaleźć na Netfliksie, był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Mimo że nie robi aż tak silnego wrażenia jak oryginał – głównie z powodu pewnych uproszczeń wątków z przeszłości – stanowi doskonały przykład na to, jak powinno się robić adaptacje książek. Jak? Wiernie, lecz nie stroniąc od drobnych zmian, które są niezbędne, by opowieść odpowiednio wybrzmiała w innej formie.

O Kingu mówi się często, że ma on dobrą rękę do nietuzinkowych postaci, ale w tym przypadku powieści, która skupia się w stu procentach na jednej bohaterce, udało mu się wznieść na prawdziwe wyżyny. Książka może zaskoczyć jego fanów, a ja poleciłbym ją nawet tym, którzy za tym autorem nie przepadają. Przez chwilę miałem napisać „przyjemnie zaskoczyć”, ale to nie jest lekka rzecz w odbiorze. A może to znów daje o sobie znać moja słaba odporność na tego rodzaju tematykę?

  • Autor: Stephen King
  • Tytuł oryginalny: Gerald's game
  • Przekład: Tomasz Wyżyński
  • Wydawca: Albatros
  • Cena: 34,90
  • Format: s. 352
  • Opis z okładki: To, co wydarzyło się 30 lat wcześniej nad jeziorem Dark Score, podczas całkowitego zaćmienia Słońca, rzuca posępny cień na życie Jessie, przykutej kajdankami do łóżka w domku letniskowym, z trupem męża po przeciwnej stronie sypialni. Perwersyjna gra erotyczna Geralda zmienia sie w dwudziestoośmiogodzinny horror, a półnaga Jessie zostaje sama z tym, co czai się w mroku - w mroku lasu za oknem, mroku zaćmienia, mroku jej samej. Zobaczy tam coś, od czego mało nie postrada zmysłów.