Erynie

Marek Krajewski

Pisząc o powieściach jednego z najgłośniejszych polskich twórców kryminału, nie sposób nie powtarzać samego siebie. Właściwie w recenzjach kolejnych tomów – czy to opisujących Breslau, czy Lwów – można by zmieniać sukcesywnie tylko kilka słów. W powieściach tych gloryfikuję stale to samo, podobne są też ich minusy. Odmienna sytuacja jest w przypadku duetu Krajewski-Czubaj, bo ich powieści na razie okazały się od dokonań solowych zwyczajnie słabsze.

Czy to źle? Zdecydowanie nie – plusów wszystkich powieści liczę zawsze wielokroć więcej, niż wad. Zawsze odczuwam ogromną radość z lektury, a wraz z rozwojem akcji rosnącą ekscytację. Ci sami świetni bohaterowie, ten sam sposób opisywania świata, który tak ja – i jak sądzę gros innych czytelników – polubiło już na tyle, że ani im w głowie narzekać. Szczególnie, że sam sprawca dzieła bez skrupułów przyznaje się, że bohatera „Erynii”, a wcześniej „Głowy Minotaura” – lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego kreował świadomie na podobieństwo Ebeharda Mocka, znanego z powieści o przedwojennym Wrocławiu. Czytelnicy lubią takie postacie: z charakterem, chamskim sznytem i przy tym ogromną inteligencją; kreacje nietuzinkowe i takie, przy których nudzić się nie sposób. To po pierwsze. Z tego prosta implikacja daje powód drugi – Krajewski jest pisarzem zawodowym i eksperymenty mu nie w głowie. Jeśli coś się dobrze sprzedaje i jest na to popyt, nie wstyd dostarczać złaknionym fanom treści. Po trzecie – i chyba to jest powód najważniejszy – w jednym z wywiadów pisarz przyznał, że po prostu sam za takimi postaciami przepada.

Rok 2008, Wrocław. Odkryta zostaje tajemnica zamkniętego w tajemnym piwnicznym więzieniu mężczyzny, przy zwłokach którego znajdowało się trzy tysiące jednakowych zdjęć nieznanego dziecka.

Rok 1929, Lwów. Brutalnie zamordowany zostaje mały chłopiec. Policja musi działać szybko, bo sprawa jest newralgiczna. Antysemickie nastroje wiszą w powietrzu, a to właśnie na obywateli wyznania mojżeszowego pada główne podejrzenie społeczności. Jeden z policjantów będących na miejscu zbrodni mówi krótko: „sprawa dla komisarza Popielskiego”.

Tymczasem ten jest już zmęczony pracą i postanawia odejść na emeryturę, narażając się na gniew wierzących w jego czujny nos obywateli. Nietrudno się jednak domyślić, że podejmie rękawicę rzuconą przez mordercę.

Popielski, wielbiciel matematyki, filologii klasycznej, podstarzały, grubawy i łysy dandys, po śledztwie, które poprowadził wraz z Ebehardem Mockiem (i które opisuje „Głowa Minotaura”) zmienia metody śledcze. Przejmuje podstawy „metody imadła”, przestając patyczkować się z przestępcami.

Jednocześnie zorganizowane podziemie lwowskie czuje doń ogromny szacunek. Gra toczy się na zasadach wzajemnej tolerancji i szacunku – dopóty któraś ze stron nie przekroczy niepisanych zasad, panuje sytuacja patowa. „Łyssy” – jak nazywają policjanta ludzie ulicy – zwiedza tanie speluny, układa się z bandytami, którymi przecież szczerze gardzi. Wszystko w imię śledztwa. Zamordowano dziecko, a on sam ma dorosłą córkę, która niegdyś została wciągnięta w nieprzyjemną kabałę. Teraz jest matką, a komisarz za nic nie pozwoli na zagrożenie bezpieczeństwa ukochanego wnuka. Gra toczy się raz lepszą raz gorszą kartą, ślady urywają się, zamazują, niektóre to tylko atrapy.

Popielski to epileptyk, cierpi przy kontakcie z mocnym światłem i dlatego odżywa dopiero wieczorami. W powodowanych chorobą wizjach widzi ostrzeżenia, których nie potrafi zinterpretować. Tapla się w podłych rozkoszach, daje upust chuci i pijaństwu. Śledztwo męczy go i frustruje. Sprawa zawodowa staje się osobistą obsesją.

Krajewski to moim zdaniem prawdziwy mistrz pióra. Choć „Erynie” to powieść ponura i mroczna, wspaniale wplata w fabułę doskonałe epizody pełne czarnego humoru pozwalające czytelnikowi na chwilę oddechu.

Na kartkach powieści rysuje się panorama przedwojennego Lwowa: gwarnego i pięknego miasta. Z pietyzmem autor serwuje drobne smaczki, stroi opisy w znakomite detale, błyszczy bon motami, wszechstronną erudycją, ze szczególnym naciskiem kładzionym na łacinę. To wizja czarnego kryminału konsekwentnie realizowana przezeń od początku. Stale rozwijana, bo choć pierwsze tomy miały w sobie ogromną świeżość, to styl i wyczucie pióra ma Krajewski coraz lepsze. Widać też, że przykłada dużą wagę do samej sprawy kryminalnej. Choć we wszystkich powieściach jest ona na drugim planie, choć zakończenie może wydawać się trudne do przełknięcia – bo gwałtowne i oryginalne – wychodzi chyba z tomu na tom coraz lepiej.

Tak „Erynie”, jak i poprzednie powieści Marka Krajewskiego to przede wszystkim powieści rozrywkowe. Wysmakowane, bogate i piękne, ale służące głównie zabawieniu czytelnika. Daj Boże więcej czytadeł na równie mistrzowskim poziomie. Można by tego i owego się doczepić, ale zostawię to tym, którzy i tak nie lubują się w tej literaturze. Ja nie mam na to ochoty, szczególnie, że i tak byłoby to jak szukanie rys na masce dobrze zachowanej przedwojennej limuzyny.

  • Autor: Marek Krajewski
  • Wydawca: Znak
  • Data publikacji: maj 2010
  • Cena: 29,90
  • Format: 272 s.
  • Opis z okładki:
    Nowa seria mistrza polskiego kryminału.
    Zemsta silniejsza niż miłość.
    We Lwowie wybuchła panika. Żadne dziecko nie może już być bezpieczne.
    W maju 1939 roku w strasznych męczarniach ginie mały chłopiec. Zbrodnia jest potworna. Kim będzie następna ofiara?
    Całe miasto liczy na pomoc komisarza Edwarda Popielskiego. Jednak komisarz nie chce przyjąć sprawy. Nie tym razem.
    Nie wie jeszcze, że został do tego wybrany. Przez mordercę. Przez Erynie, boginie zemsty. Przez przeznaczenie.
    Widmo zbliżającej się wojny, pogromy i paraliżujący strach rządzą Lwowem, tylko jego przestępczy świat wciąż żyje według własnych reguł. Każdy w nim zna Popielskiego i jego przydomek. Ostatnia rzecz, na którą by się zgodzili, to współpraca ze słynnym „Łysym”. Ale „Łysy” ma inne plany…
    Miasto przesiąknięte zbrodnią przesłonił cień bogiń zemsty. Wszyscy pogrążą się w jego mroku na wiele, wiele lat.