Efemeryda

Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz jr

Wydawnictwo Amber wydało ostatnimi laty serię horrorów, z których chyba większość sygnowana była jako dzieła zdobywców nagród literackich, nade wszystko Bram Stocker Award, która to jest chyba najgłośniejszym i najbardziej prestiżowym laurem w świecie literackiej grozy. Nie chcę rzucać buńczucznych deklaracji, jakoby nagroda ta była licho warta, wszak swego czasu wyróżniono nią Stephena Kinga, Ramsey’a Campbella czy Jacka Ketchuma, czyli autorów z wszech miar dla gatunku zasłużonych, a przy tym wyróżniających się świetnym rzemiosłem. Niemniej kilku zdobywców BSA rozczarowało mnie ogromnie. O takim Bentley’u Little trudno mi na przykład powiedzieć coś dobrego. Za co nagrodę tę dostał John Everson, nawet gdybać nie mam ochoty. 

Tymczasem polska scena literackiego horroru wybuchła kilka lat temu i szybkim tempie zaczęła wypuszczać z siebie coraz to nowych twórców, przekuwających fascynację głównie kolegami po fachu z zachodu na dzieła czerpiące z polskiej kultury, szczególnie współczesnej, z miejskich, post-komunistycznych mitów, szukającą grozy czy to w blokowiskach, czy słowiańskich mitach. 

Nie wiem, ile Polacy napisali grozy przez te lata, ale blisko ze sto tomów. Przyjmijmy, że „Efemeryda” jest sto pierwszym. Jak wygląda polska groza z jej perspektywy? Otóż jest to jakby próba odejścia od schematu grozy miejskiej, choć tylko połowiczna. Jest to powieść może nie lotów najwyższych, i choć nie pozbawiona wad, to stanowiąca jednak o sile grozy po słowiańsku. 

Zabawnie wygląda próba zaklasyfikowania powieści: pierwsze co przychodzi mi do głowy, to horror lotniczy. Głównym bohaterem powieści jest pilot samolotu pasażerskiego, mający niezwykłej natury problemy. Traci on do pewnego stopnia kontakt z rzeczywistością, by następnie, w czasie wyjątkowo dla niego trudnego lotu rzeczywistość straciła kontakt z nim. Choć tematyka samolotowa jest w horrorze mocno oryginalna, mnie do głowy przyszły dwa utwory o podobnym wydźwięku: film „Langoliery” na podstawie opowiadania Stephena Kinga oraz utwór rodzimego klasyka, Stefana Grabińskiego – „Ślepy tor”. 

Choć powieść duetu ma wiele niewątpliwych plusów, trudno uznać ją za literaturę pierwszej klasy. Drażni przede wszystkim pewna sztampowość w przedstawianiu uczuć bohaterów. Są banalni i nieszczególnie interesujący – co jeszcze jestem w stanie w horrorze zrozumieć, ale najbardziej drażniło mnie postrzeganie kobiet przez pryzmat jedynie seksu i biustów. Nie pragnę tutaj żadnej poprawności i równości społecznej, ale jedynie trochę wiarygodności psychologicznej. O ile erotyka jest sztuką wysoką, to sposób jej prezentacji w „Efemerydzie” zahacza o banał i nijakość. 

Sam język powieści także nie powala, choć jest barwny i widać, iż autorzy włożyli sporo wysiłku w to, by czytelnik nie zanudził się zbytnią surowością opisów. Ale znowu wraca tu kwestia wulgarności. Tyle już razy powtarzano, że dobry wulgaryzm może być wspaniałą przyprawą w literaturze, ale tylko używany z umiarem i wielkim smakiem. Ma dźwięczeć jak dzwon, a nie brzdękać jak cymbałki – piskliwie i raz za razem. 

Mimo iż autorzy dwoją się i troją, w końcowej części powieści kreśląc szalone wizje niszczejącej rzeczywistości, mimo iż starają się czytelnika zaczarować mieszanką humoru, makabry i absurdy, brakuje im do klasy Małeckiego czy Orbitowskiego. „Efemeryda” nie jest powieścią, która na długo może zostać w głowie, trudno na jej cześć pisać peany, ale mimo to jest to solidny horror, mogący dostarczyć czytelnikowi nieco rozrywki. Nie męczy, da się polubić. Ja z zaciekawieniem będę oczekiwał zarówno kolejnych ich dokonań w duecie, jak i zapowiedzianych już solowych. Nie wiem, jak to w samolotach, ale w PKP jazda drugą klasą to od czasu do czasu całkiem spora frajda. W literaturze podobnie, więc nie widzę powodów, by nie zaprosić i innych do podróży z panem Adamem Gałeckim z sterem. 

Wracając jeszcze do pierwszego akapitu. Zastanawiam się, jak taka „Efemeryda” zostałaby odebrana w krajach anglojęzycznych. Bo o ile powieści tej nie ma nawet co równać z dziełami wielkich pisarzy jak Jack Ketchum czy Ray Bradbury, ani nawet jeszcze z Grahamem Mastertonem, który jednak jest o co najmniej klasę pisarzem sprawniejszym, to jednak podobała mi się ona o wiele bardziej niż wiele książek uhonorowanych autorów. Mając wątpliwości co do celnej interpretacji tej myśli, tym zakończę.

  • Autorzy: Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz jr
  • Wydawca: Oficynka
  • Data publikacji: 2011-02-11
  • Cena: 32 zł
  • Format: 272 s.
  • Opis z okładki:
    Myślisz, że najgorsze już minęło? Twój koszmar dopiero się zaczyna! Zwłaszcza jeśli jesteś pasażerem pewnego samolotu…
     
    Artur Gałecki, ceniony i doświadczony pilot, czuje narastający niepokój. Ktoś próbuje go zastraszyć, bywa w jego mieszkaniu, kiedy go nie ma, przestawia meble, zmienia ułożenie obrazów. Złe przeczucia Artura potęgują się, osiągając kulminacyjny punkt w czasie kolejnego rejsu, kiedy okazuje się, że są one jak najbardziej uzasadnione. Ogromnym wysiłkiem udaje mu się posadzić Boeinga 737 na nieczynnym lotnisku. Radość załogi i pasażerów okazuje się jednak przedwczesna…
     
    Mroczne zdarzenia, narastająca groza i wszechogarniający lęk – wszystkie te elementy składają się na niepowtarzalną atmosferę „Efemerydy”. Ten horror naprawdę Cię zaskoczy. Całkiem możliwe, że po jego lekturze już nigdy nie zdecydujesz się na żaden lot…