Dzieci umarłych

Elfriede Jelinek

Ostatnio przez dość długi czas czytałem Ulissesa, modernistyczną powieść irlandzkiego pisarza Jamesa Joyce’a. Zapoznawanie się z książką było bardzo trudną przeprawą, dzieło to jest długie, trudne, pełne zawiłości i dopiero przeczytanie kilku jego opracowań pozwoliło mi w pełni dostrzec geniusz autora. Trud czytania Ulissesa sprawił, że w międzyczasie postanowiłem sięgnąć po inną pozycję. Chwyciłem pierwszą lepszą, sądząc, że mało prawdopodobne, by coś prześcignęło powieść Joyce’a w kwestii enigmatyczności. Myliłem się, bo Dzieci umarłych austriackiej noblistki z 2004 roku, Elfriede Jelinek, są co najmniej równie tajemniczym dziełem. Niestety, o powieści Austriaczki nie mogę powiedzieć tylu ciepłych słów, co o awangardowym arcydziele Joyce’a. Ale po kolei.

Trudno powiedzieć na czym zasadza się fabuła Dzieci umarłych, gdyż fabuły sensu stricto tam nie ma. Książka stanowi raczej zlepek pewnych wizji, odosobnionych wrażeń wzbogacanych przemyśleniami narratorki, samej Elfriede Jelinek. Można jednak wskazać trzy główne postacie, wymienione z nazwiska. Te trzy osoby łączy szczególna cecha: wszystkie są martwe. Nie przeszkadza im to oddziaływać na świat żyjących czy tworzyć relacji z tymi, którzy nie rozstali się jeszcze z życiem (w szczególności z osobami, które dotkliwie przeżyły odejście bliskich), oraz innymi umarłymi. Opis tych relacji i związanych z nimi przemyśleń autorki stanowi osnowę powieści.

Jelinek w Dzieciach umarłych przedstawia sporo problemów. Ton książki jest jadowicie oskarżycielski, a celem ataków jest społeczeństwo austriackie. Autorka, wykorzystując język reklamy, ośmiesza Austriaków zapatrzonych w telewizor, dla większości których jedynymi rozrywkami intelektualnymi są seriale lub programy typu „Taniec z gwiazdami”. Głównym tematem pozostaje jednak relacja między umarłymi a żyjącymi. Z kart powieści bije ból, swego rodzaju zagubienie i niechęć zmarłych do tych, którzy nadal żyją. Martwi dążą do interakcji ze światem, do którego już tak naprawdę nie należą. Próbują dać znać o sobie żyjącym, rozpalić w ich umysłach świadomość śmierci, zarówno tych dawnych jak i tych nie tak odległych w czasie. Jelinek porusza również wiele innych kwestii, m.in. konwencjonalną religijność, ludzką cielesność, obsesję sławy.

Wszystko to opisane jest językiem oryginalnym aż do bólu. Metafory, symbole, nawiązania, elementy skojarzeniowe, gierki słowne – wszystko to piętrzy się na każdej stronie powieści (Grzegorz Kozera z Salonu Kulturalnego trafnie określił ten język „barokowo-naturalistycznym”). Przykład zupełnie losowy (otworzyłem książkę w dowolnie wybranym miejscu): „W niewielu słowach znów stać się niegroźnym, nie, lepiej już świecić ponad innymi, lepiej samemu być światłem niż naprawdę być na świecie!” Wyszukanie i artyzm zdań Dzieci umarłych same w sobie są bardzo ciekawe, jednak taka konstrukcja warstwy tekstowej jest jak dla mnie przerostem formy nad treścią. Po przeczytaniu dzieła poczułem się odrobinę poniżony, bo choć zdania rozumiałem i jakąś tam zwięzłą semantykę z nich wyciągałem, to zinterpretować na jeden precyzyjny, pewny sposób ich przesłania nie byłem w stanie. Może książka straciła wiele podczas przekładu? Nie mam pojęcia, choć wątpię – przekład Agnieszki Kowaluk sprawia wrażenie porządnego.

Co więcej: nie jestem pewien, czy wszystkie wyżej wymienione problemy postawione przez Jelinek, które z trudem odkopałem spod nazbyt barokowej warstwy słownej książki, należałoby traktować jako problemy prawdziwie istotne. Nie sądzę, by aż taki nacisk na historię, uwaga poświęcana tym, którzy odeszli, ponoszenie odpowiedzialności za ich życie i śmierć, były aż tak istotnymi problemami Austriaków, którzy przeżyli. Co prawda we wszystkich internetowych opisach Dzieci umarłych znalazłem opinię, że gdy w książce mowa o przeszłości, chodzi zwłaszcza o wypartą ze świadomości austriackiego obywatela odpowiedzialność za zbrodnie nazistowskie. W takim wypadku ma to wszystko jakiś sens, jednak chociaż w powieści nieraz jest mowa o II wojnie światowej, moim zdaniem nacisk na to, że ten okres przeszłości interesuje autorkę najbardziej, nie został odpowiednio położony. Przynajmniej ja tego tak nie odczułem. Swoją drogą dobrze by się stało, gdyby do powieści dołączono jakieś posłowie z omówieniem głównych problemów i zwróceniem uwagi na trudniejsze do wypatrzenia kwestie.

Jelinek według mnie trochę sobie pofolgowała pisząc tak rozbudowaną językowo i objętościowo powieść. Problemy, o których pisze są ważne, owszem, ale do ich skutecznego przedstawienia chyba nie potrzeba było aż 630 stron. „No więc, mowa długa, sens krótki”, jak głosi pewien urywek z Dzieci umarłych. Poza tym nikt nie powiedział, że taka ilustracja tych kwestii jest skuteczna. Według mnie, jeśli pisarz chce być zaangażowany społecznie, wytyka pewne błędy społeczeństwu i pragnie, by zostały one w końcu zauważone, powinien pisać o nich w sposób bardziej klarowny. Literatura jest dla ludzi i nie powinna ich irytować istnieniem skorupy niezrozumienia, przegadania, zamieszania, w której zamknięta jest treść. Nie dziwię się, że przyznanie Nagrody Nobla dla Elfriede Jelinek wywołało tyle kontrowersji. Z pewnością istnieją pisarze, którzy mają więcej do powiedzenia, i to w sposób zarazem bardziej wyważony, jak i przystępniejszy, co nie znaczy, że mniej godny podziwu.

  • Autor: Elfriede Jelinek
  • Wydawca: W.A.B.
  • Data publikacji: listopad 2009
  • Cena: 44,90
  • Format: 628 s.
  • Opis z okładki:
    Studentka filozofii, która popełniła samobójstwo ze strachu przed egzaminem; narciarz – śmiertelna ofiara wypadku samochodowego; sekretarka, która umierała… dwukrotnie. Ta trójka nieżyjących bohaterów dopuści się zbrodni, by kosztem żywych wydostać się z koszmaru nieżycia.
    Historia duchów przeszłości opisana na tle sielskiego, alpejskiego krajobrazu to krytyka kraju, którego „tożsamość opiera się na śmierci”, austriackiego wyparcia tragedii Holocaustu, braku odpowiedzialności za zbrodnie faszystowskie, ale także współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego, mody na sporty wyczynowe, przemysłu turystycznego i kultu natury. „Dzieci umarłych” to wymagająca wycieczka przez dyskursy i liczne nawiązania do języka reklamy i popkultury, ale przede wszystkim do dzieł Heideggera, Celana, Hölderlina, Rilkego i Homera. Jelinek nazwała ją swoim opus magnum, najlepszą i najważniejszą książką, jaką udało jej się dotychczas napisać.