Breslau forever

Andrzej Ziemiański

Wrocław jest miastem bardzo chętnie wykorzystywanym w naszej rodzimej literaturze. Po Krajewskim, który w tym miejscu umieścił całą serię swoich kryminałów, na stolicę Dolnego Śląska zwrócił uwagę Ziemiański. I trzeba przyznać, że wybierając tę lokację, dał solidny i niemiały wkład w promocję miejscowości.

W 1939 roku, kiedy wojska Trzeciej Rzeszy zajęły Wrocław, oficer niemieckiej policji kryminalnej, Albert Grunewald, zaczął prowadzić śledztwo w prawie nieustannie pojawiających się na ulicach eksplozji. W czasach wojny nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wybuchali ludzie, w szczątkach których nie znaleziono żadnych śladów materiałów wybuchowych. Kilka lat później Miszczuk, oficer Milicji Obywatelskiej, został przydzielony do wyjaśnienia tajemniczych wybuchów obywateli PRL-u. W 2006 roku Staszewski, najlepszy pracownik wrocławskiej policji, jest świadkiem eksplozji czterech przypadkowych osób. Zaczyna prowadzić śledztwo, w czasie którego dowiaduje się, że tajemnicze zdarzenia mają miejsce od czasów wojen napoleońskich, a wszyscy badający tę sprawę zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach.

Pomysł na fabułę Ziemiański miał naprawdę przepyszny, a co więcej, udało mu się zrealizować go w sposób chyba najlepszy z możliwych- równolegle ukazywał prowadzenie trzech śledztw tej samej sprawy, dzięki czemu potroił dawkę emocji. Autor tak umiejętnie tasował fakty, że odkrycia Grunewalda, Miszczuka i Staszewskiego wzajemnie się przeplatały, co jednak nie pomaga czytelnikowi. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie ten „warkocz informacji” zapętlił się w taki sposób, że stał się istnym węzłem gordyjskim.

Również warstwa językowa jest nienaganna. Chociaż, właściwie „nienaganna” to złe słowo, gdyż w książce roi się od przekleństw – język jest bardzo dosadny, momentami wręcz brutalny. Jednak doskonale podkreśla atmosferę powieści, zwłaszcza we fragmentach opisujących śledztwo Miszczuka, kiedy ruiny powojennego Wrocławia wręcz przytłaczają swoją posępnością.

Warto też poświęcić jeden akapit tzw. „smaczkom”. Ziemiański bardzo często mruga do czytelnika, czasami wręcz bezczelnie. Jednak mrugnięcia te nie budzą wcale zgorszenia, a przysparzają całkiem sporo zabawy. Zwłaszcza ostatnie kilkanaście stron jest totalną zgrywą, zabawą mającą na celu… No właśnie, to trzeba poczuć na własnej skórze. Zdradzę tylko, że po przeczytaniu ostatniego zdania widziałem przed oczami zataczającego się ze śmiechu Ziemiańskiego, który naigrywa się z biednego czytelnika, próbującego rozgryźć, o co autorowi chodziło.

„Breslau forever” jest godne polecenia. Wciąga bez reszty, zapewniając rozrywkę na bardzo wysokim poziomie. Lekturę umilają dodatkowo stworzone przez Grzegorza Domaradzkiego ilustracje, pomagające czytelnikowi w plastycznym wyobrażaniu sobie bohaterów powieści. Było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale zaskarbił on sobie moją sympatię i już teraz mogę bez wahania powiedzieć: „Ziemiański forever”.

  • Autor: Andrzej Ziemiański
  • Wydawca: Fabryka Słów
  • Data publikacji: listopad 2008
  • Cena: 31,90
  • Format: 384 s.
  • Opis z okładki:
    Zabójcze śledztwo w zabójczo malowniczym mieście
    Staszewski to najlepszy pies wrocławskiej komendy (nie mylić z pieskiem noszącym w zębach teczkę za przełożonym). Prowadzi śledztwo w idiotycznej sprawie, która ciągnie się od lat 30. zeszłego stulecia. Jeden po drugim ginęli zajmujący się nią oficerowie. Nie ma i nie było żadnego podejrzanego.
    W przedwojennym Breslau to samo śledztwo rozłożyło na łopatki funkcjonariuszy niemieckiej kripo. W ruinach powojennego Wrocławia – milicjantów obywatelskich. Do czego doprowadzi Staszewskiego? Do spisku, sekty, klątwy, sedna Breslau czy jak poprzedników… do śmierci.
    Problem w tym, że ludzie, nie wiedzieć czemu wybuchają, podpalają się albo popełniają samobójstwo w któryś z bardziej tradycyjnych sposobów.
    Za każdym razem otaczają się kwiatami. Zawsze towarzyszy im rytuał powtarzalności.