Bestia

Guy N. Smith

Stephen King w „Jak pisać: Pamiętnik rzemieślnika” stwierdził, że nie można czytać wyłącznie dobrych książek, czasami trzeba zapoznać się z czymś złym. Według niego miało to na celu uświadomienie przyszłym pisarzom tego, jak wygląda kiepska proza i jakich błędów powinno się wystrzegać podczas tworzenia. Jako sumienny uczeń postanowiłem wtedy, że raz na jakiś czas będę sięgał po coś z „dna literackiego”, aby nauczyć się paru rzeczy od pisarzy uważanych przez ogół za grafomanów – głównie chodziło o dokształcenie się w dostrzeganiu błędów i w sprawnym ich eliminowaniu. Jednak te ukradkowe romanse zaowocowały czymś jeszcze. Mianowicie polubiłem kiepską prozę i od czasu do czasu wypożyczam sobie powieści, które swoją jakością bardziej przypominają znoszone ciuchy z lumpeksu niż nowe prosto od Versace.

Ostatnim razem, gdy w ramach relaksu postanowiłem przeczytać coś kiepskiego, padło na książkę Guy’a N. Smith’a pt. „Bestia”. Autor był mi już wcześniej doskonale znany, więc mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Jednak po przeczytaniu krótkiego opisu z tyłu okładki stwierdziłem, że lektura tej powieści może być nowym doświadczeniem na polu tandety. Z tego powodu jeszcze chętniej przystąpiłem do czytania. Guy N. Smith mnie nie zawiódł: dostałem opowieść niczym z taniego horroru klasy Y, którą zbudowano z banalnego pomysłu, kiepskiego stylu i mnożących się nielogiczności. „Bestia” opowiada losy trójki bohaterów archeologów, którzy wybierają się na bagna w poszukiwaniu skarbu. Niestety, podczas swojej eskapady natrafiają na dziwne znalezisko. Po dokładniejszych oględzinach okazuje się ono Bestią zakopaną w błocie, dookoła której widnieją szczątki jej międzygalaktycznego pojazdu. Na trójkę bohaterów składa się ambitny profesor, jego bratanica i ich młody pomocnik – Gavin Royale. Od czasu zapoznania się z nimi, zacząłem się zastanawiać, kiedy Gavin zacznie dobierać się do majtek bratanicy profesora. A jako, że Smith jest autorem od razu przechodzącym do rzeczy, to nie musiałem długo czekać. Gwarantuje, że sceny ich miłosnych uniesień są najbardziej groteskowym elementem książki i ktokolwiek, kto dysponuje nawet szczątkowym poczuciem humoru, powinien mieć z nich nie lada ubaw. Szczególnie z dialogów, jakie wtedy czytelnik ma „przyjemność” przeczytać. Do tej pory pamiętam takie perełki jak: „Zrób to dobrze, Gavinie, tak jak kobieta ma prawo żądać od swojego mężczyzny”.

Nieodmiennie poprawia mi to humor.

Oczywiście nie zapominajmy o samej Błotnej Bestii (tak ochrzcili ją bohaterowie), która wydostaje się ze swojej jamy i wyrusza w świat (to znaczy do lasu i pobliskiej wsi), gdzie sieje śmierć, spustoszenie i przerażenie. Opisy jej ataków, to kolejne gwarantowane salwy śmiechu. Do tego dochodzi profesor, który okazuje się obłąkanym naukowcem, pragnącym posiąść tajemnice Błotnej Bestii i dzięki niej zapisać się w kanonie ogólnoświatowej wiedzy. Sama postać profesora przypominała mi trochę tego szalonego doktora z South Park. W „Bestii” profesor jest demoniczny, niczym stado małych kociaków pijących mleko. Jego działania są bardziej tragi-komiczne, co na szczęście niesie ze sobą kolejne chwile radości.

Po wielu stronach biegania za Bestią, uprawiania seksu (nie z Bestią) i walki z natrętnymi wieśniakami, dochodzi do konfrontacji z potworem. Finał stanowi apogeum głupoty i zarazem świetny przykład tego, jak się pisać nie powinno. Właśnie w nim nielogiczności mnożą się do entej potęgi, a postępowanie bohaterów przyprawia o ból brzucha i głowy.

Mimo tych wszystkich niedociągnięć, banalnej (głupiej wręcz) fabuły i stylu na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej, „Bestia” Guy’a N. Smitha spełnia swoje zadanie. Zarówno dostarcza rozrywki, jak i potrafi czegoś nauczyć. Od czasu przeczytania tej książki jest ona na pierwszym miejscu najgorszych powieści, z jakimi dane było mi się zapoznać – nawet „Szatańskie włosy” Mastertona czy „Trzęsawisko” Smitha nie mogą równać się z „Bestią”. Niemniej z chęcią sięgnę po kolejne opowieści Guy’a. Mam w domy dwie części „Dzwonu śmierci” i muszę przyznać, że nie mogę się doczekać, kiedy znajdę czas na ich przeczytanie. Wynika to z tego, że przecież nie można cały czas chodzić wyłącznie w nowych ciuchach z markowych salonów. Czasami trzeba ubrać coś z przeceny, coś co ma na sobie liczne dziury, a metka upierdliwie gryzie w kark, bo tylko wtedy człowiek potrafi docenić mistrzowsko wykonane produkty.

  • Autor: Guy N. Smith
  • Tytuł oryginalny: The Slime Beast
  • Przekład: Andrzej Sawicki
  • Wydawca: Phantom Press
  • Data publikacji: 1991
  • Format: 155 s.