powrót do spisu opowiadań

Dziedzictwo płomieni

Adam "Rosomak" Zbyryt


    Miał coraz mniej czasu. Czuł, że nadchodzi koniec. Nie potrafił tego wytłumaczyć ale wiedział, że niedługo umrze. Zawsze wiedział. Dzięki temu, jeszcze żył. Był cały mokry od szaleńczego biegu. Pot oblewał jego starcze ciało wywołując nieprzyjemne uczucie swędzenia. W wieku osiemdziesięciu pięciu lat nie można zbyt mocno się wysilać. To już nie młodość, kiedy ganiało się całymi godzinami za piłką, lub koleżankami, wypluwając przy tym płuca, a po poru głębszych wdechach człowiek miał siłę na dalszy wysiłek. Wiedział, że jeśli się przeforsuje umrze za nim dobiegnie do celu. Ale jeśli nie zdąży na czas, także może zginąć. Z dwojga złego musiał wybrać najbardziej optymalną opcję. Czas uciekał nieubłaganie. Zegar życia wybijał ostatnie minuty. Płuca paliły niemiłosiernie. Szybkie urywane oddech były zbyt małe, aby spełnić ich potrzeby. Chłodne powietrze prawie fizycznie raniło wyschnięte gardło, które piekło jakby przykleiły się do niego iskierki żaru. Znał ten ból. Proces powoli się rozpoczynał. Miał nadzieję, że zdąży. Modlił się w duchu o siłę. Wszystko zaczęło się gdy spał. Nieznana moc, która już nie po raz pierwszy go ostrzegała, wyrwała go dziś ze snu. Pierwsze sygnały pojawiły się miesiąc temu. Od tego czasu zaczął się przygotowywać. Ale tym razem wszystko przebiegało dużo szybciej. Coś było nie tak, mógł przecież nie zdążyć. Miał wielką nadzieję, że to co wiedział wystarczy. Teraz nie było już odwrotu. Nie mógł zatrzymać procesu. Inicjował się sam; był odruchem bezwarunkowym, niezależnym od jego woli. Bał się, że jeśli źle wybrał, umrze potępiony na wieki.
    Nocny kwietniowy chłód przeszył sztyletem zimna ciało starego mężczyzny. Wstrząsnęły nim dreszcze. Opuszczały go tak potrzebne, w tym momencie, siły.
    Zwalniał. Oddech stawał się szybszy, piskliwy. Słabe serce nie wytrzyma dłużej takiego wysiłku. Bieg przeszedł w trucht, a następnie w marsz. Musiał przystanąć. Stare zużyte mięśnie domagały się odpoczynku. Złapał się lewą ręką pierś. Serce ukuły niewidzialne szpilki. Grymas cierpienia wykwitł na twarzy starca. Dlaczego to musiało stać się teraz, gdy nie był jeszcze gotowy? Śmierć nie wybiera. Powinien dobrze o tym wiedzieć. Nikt nie zna czasu ani godziny, kiedy zostanie zerwana nić życia. Oprócz niego. Może nie dokładnie, ale zawsze udaje mu się ją w jakiś sposób przewidzieć. Był to element procesu. To dzięki temu trwa na Ziemi już ponad trzysta lat.
    Przebył około trzy czwarte drogi, którą miał tej nocy przejść. Na jej końcu czekało wybawienie. Jak dotąd, za każdym razem wygrywał. Co zresztą widać - ciągle jeszcze żył. Dlaczego zawsze musiał zapominać jak to jest, gdy przychodzi? Życie rozleniwia. Już po raz czwarty przeżywał to samo, ale czuł się jakby robił to po raz pierwszy. Wmawiał sobie, że teraz już tak nie będzie, że tym razem się przygotuje i spokojnie zakończy to, co rozpoczął. Ale nie, zawsze czeka na ostatni moment. A teraz cierpi. Obiecywał sobie, że więcej to się nie powtórzy. Trele morele. Jeśli oczywiście dziś przeżyje. Robiło mu się coraz goręcej. Temperatura ciała wzrastała. Proces już się zaczął.
    Wówczas ujrzał dom, do którego zmierzał, miał do niego jeszcze około dwustu metrów. Bał się, że nie zdąży. To byłaby katastrofa. Dom był już bardzo dobrze widoczny. Mieszkających w nim ludzi obserwował od miesiąca, czyli od kiedy pojawiły się pierwsze znaki o nadciągającym końcu. Byli jego ratunkiem. Jedynym wybawieniem. Byli samotną parą i swoją jedyną rodziną. Oboje pochodzili z domów dziecka. Osiągnęli odpowiednio wysoki, jak na jego wymagania, status życiowy. I co najważniejsze nie mieli dzieci. Nie mogli ich mieć. Mężczyzna był bezpłodny. Pragnęli je jednak zaadoptować. Nadawali się idealnie do jego planów. Spokojni, przywiązani do siebie i bardzo, ale to bardzo pragnęli mieć dziecko.
    Nagły skurcz ściął go z nóg. Uklęknął i rozmasował bolący mięsień. Był twardy jak kamień. Po minucie wstał i utykając ruszył dalej. Cóż za strata czasu. Mogło mu go zabraknąć. Proces był w pełni. Temperatura ciała wynosiła dużo ponad czterdzieści stopni. Zgodnie z prawami przyrody powinien już nie żyć. Ale on przeczył wszelkim prawom i to nie tylko tym naturalnym.
    Wlókł się pragnąc osiągnąć zamierzony cel. Oczy błyszczał jakby płoną w nich żywy ogień. Zostało mu jeszcze przejść przez ulice i znajdzie się na miejscu.
    Nagle zauważył jak z jednej z bocznych uliczek wyłania się radiowóz. Samochód jechał powoli tak, aby policjanci mogli dokładnie obejrzeć okolicę. Musiał się ukryć, gdyby go zauważyli wszystko by się popsuło. Nie miał więcej czasu do stracenia. Schował się za jednym z wiązów rosnących wzdłuż ulicy. Ubrany w pidżamę, bosy, stary mężczyzna, na pewno zwróciłby uwagę przejeżdżającego obok patrolu. Nie mógł sobie na to pozwolić i tak stracił już dość cennego czasu.
    Patrol mijał właśnie drzewo, za którym się ukrył. Udało się. Samochód odjechał powoli skręcając w jedną z wielu bocznych uliczek. Starzec przeraził się, kiedy poczuł zapach palonych włosów. Ręką dotknął zwichrzonej, gęstej czupryny. Wszystko było w porządku. Nie mógł oczywiście zauważyć nitek dymu unoszących się z pojedynczych siwych włosów. Z ciał biło niezwykłe gorąco. Wychylił się zza drzewa. Wyglądał okropnie. Klasyfikował się jako pacjent zakładu dla obłąkanych. I to tylko, w najlepszym wypadku.
    Zaczął padać drobny deszcz, który z każdą chwilą przybierał na sile. Gdy tylko jakaś zabłąkana kropla padła na ciało starca, wyparowywała w błyskawicznym tempie. Dopadło go dziwne przeczucie, że nie zdąży, że tym razem się nie uda. Chciało mu się płakać. Jeszcze tylko dziesięć metrów i będzie na miejscu. Nie miał już jednak sił. Coraz więcej pasemek szarego dymu unosiło się wokół jego głowy. Zaczęły już nawet płonąć włoski na torsie i rękach. Wyglądał jak człowiek, który przed chwilą wybiegł z baru, w którym można było wieszać, przysłowiową siekierę. Na jasnym materiale pidżamy pojawiły się czarne plamy, z których zaczął unosić się szary dym. Całe ciało paliło ogniem. Skóra piekła pokrywając się wielkimi, wypełnionymi żółtą ropą, bąblami. Z ust ulatywał dym, który wyglądał jak wydychana para wodna w chłodny poranek. Z tą tylko różnicą, że nie była to para wodna. W oczach starca płonął ogień, którego języki błyszczały za szklistymi zasłonami źrenic. Krople deszczu syczały, niczym rozdrażnione kobry spadając na starcze ciało. Twarz wyglądała jak maska z najstraszniejszych horrorów. Tylko, że nie był to horror. To działo się naprawdę. Stary mężczyzna płoną, dobiegając do zamkniętych drzwi.
    Małżeństwo spało. Nagle kobieta wyrwała się ze snu, ściskając z przerażenia w mokrych dłoniach, białe prześcieradło. Mężczyzna spał spokojnie dalej odwrócony plecami do małżonki. Spojrzała na okno. Szybę pokrywał gęste krople wiosennego deszczu. Woda rytmicznie uderzała w metalowy parapet grając muzykę deszczu. Ze snu wyrwał ją koszmar, w którym stary człowiek płonął, miotając się w bólu i okropnym cierpieniu. Tak bardzo pragnęła mu pomóc ale nie mogła znieść przerażającego widoku jego poparzonej twarzy. Kiedy bąble, które ją pokrywały zaczęły pękać rozlewając się z sykam po ciele, obudziła się. Oddychał szybkimi, płytkimi ruchami klatki piersiowej. Jej pełne piersi unosiły się i opadały pod cienkim materiałem niebieskiej koszuli nocnej, przesiąkniętej słonym potem strachu. Wsłuchiwała się w dźwięki wydawane przez deszcz. Czuła, że coś jest nie w porządku. Leżała spięta i wystraszona, niczym samotne dziecko w ciemnym pokoju, w którego kącie ukrył się potwór. Pragnęła obudzić męża, ale pomyślała, że zachowa się jak smarkula. Wśród dźwięków dochodzących do jej uszu usłyszał, początkowo nie wyraźny ale, z każdą sekundą nasilający się płacz dziecka. Zadrżała. Trąciła łokciem śpiącego męża.
    - Kochanie obudź się - rzuciła.
    - Mhmmmm... - zaspany mężczyzna odwrócił się do żony i spojrzał na nią podnosząc jedną powiekę.- Co się stało?
    - Słyszysz? - zapytała.
    - Co mam słyszeć? Pada deszcz. - odparł zirytowanym głosem, wyrwany ze snu.
    - Dziecko. Płacze, chyba pod naszymi drzwiami.
    Mężczyzna skupił się próbując uchwycić odgłosy mącące ciszę nocną.
    - Słyszę. - odparł gwałtownie się rozbudzając - Tak, to chyba przed naszymi drzwiami.
    - Mówiłam. Musimy to sprawdzić.
    Odrzuciła od siebie kołdrę, wstała z łóżka i włożyła szlafrok.
    - Poczekaj chwile, pójdę z tobą.
    Wstał. Powoli, zaspanymi ruchami nakładał spodnie i koszule. Płacz dziecka nasilił się. Skierowali się do drzwi. Kobieta stała za plecami męża, kiedy ten otwierał zamki i nacisnął klamkę.
    - To chłopiec! - krzyknęła.
    Widok dziecka obudził w niej instynkt macierzyński. Wyszła przed męża i nachyliła się nad płaczącym niemowlęciem. Leżało nagie, pokryte delikatną warstewką, szarego popiołu. Machało energicznie malutkimi kończynami broniąc się przed padającym z nocnego nieba, chłodnym deszczem. Wokół niego leżał pierścień usypany z mokrego popiołu. Deszcz oczyścił większość ciała chłopca, żłobiąc na nim czarno szare koryta. Tworzyły razem dziwny kształt rozchodzący się promieniście od centrum klatki piersiowej, wyglądem przypominający tarczę słoneczną. Płakał.
    Kobieta podniosła chłopca i otuliła w szlafrok. Ruszyła do pokoju. Położyła go na łóżku i wyszła do łazienki. Wróciła po chwili niosąc ręcznik, którym wytarła jego brudne i mokre ciało.
    - Musimy zadzwonić po policję - powiedział mężczyzna.
    - Najpierw wezwijmy lekarza. Dziecko jest strasznie rozpalone. Pewnie ma gorączkę. Jaka matka porzuca swoje dziecko w chłodną noc nie dając mu żadnego okrycia? To straszne.
    - Idę wezwać lekarza.
    - Dobrze, tylko się pośpiesz.
    Podniosła i utuliła płaczące dziecko.
    - Pewnie jesteś głodny maluszku.
    Tak bardzo pragnęła zostać matką. Chociaż przez chwile mogła się nią poczuć. Była taka szczęśliwa, kiedy dziecko przestało płakać. Chciała aby to było jej maleństwo. Wyobrażała sobie jak je pielęgnuje, karmi wysyła do szkoły. Łzy zaszkliły się w jej bladych oczach. Całkowicie zapomniała nawet o koszmarze, który wyrwał ją przed chwilą ze snu.
    Mąż powrócił i patrzył na żonę. Była taka radosna trzymając dziecko na rękach.
    - Już jadą. Zadzwoniłem także na policje. Mam nadzieję, że odnajdą jego potworną matkę - powiedział.
    - Szczerze mówiąc, ja nie - odparła.
    Wiedział czego pragnie i zrobiło mu się żal, że nie mógł jej tego dać.
    Udało się. Dotarł na czas. Gdyby spóźnił się jeszcze chwilę, wszystko mogło zakończyć się tragicznie. Ale kolejny cykl został uwieńczony sukcesem. Obserwował oczami dziecka dwoje ludzi, u których jak sądził odnajdzie schronienie, przynajmniej na czas dorastania. Później już sam sobie poradzi. Setki lat doświadczeń zaklęte w ciele malutkiego dziecka. Próbował grać, aby wyglądać jak najbardziej przekonywująco; płakał, krzyczał i uśmiechał się głupkowato, aby nie zdradzić swojej prawdziwej natury. Nie było to takie trudne. Rolę tę odgrywał już czwarty raz. Można się przyzwyczaić.
    Był potomkiem starożytnej rasy feniksów, ludzi którzy odnawiali swoje życie poprzez samo spalenie, inicjowane niezależnie od ich woli. Dzięki temu mogli żyć wiecznie. Tysiące lat temu zasiedlali Ziemie na prawie wszystkich kontynentach, ale nigdzie nie byli zbyt liczni. Kiedy pojawiła się rasa Homo sapiens zaczęli się z nimi łączyć, zatrącając przez to swoje dziedzictwo. Ich geny były wypierane przez silniejsze geny, zwykłych ludzi, przez co następowała powolna zagłada rasy Feniksów. Wzmianki o nich pojawiają się w księgach pochodzący z terenów starożytnej Grecji. Motyw ludzi ognia został tam przeinaczony i za Feniksa uznano ptaka, który tak naprawdę nigdy nie istniał. Kto wie, czy w tym oszustwie nie brali udział potomkowie Feniksów. Zdarza się, że raz kilkaset lat na Ziemi pojawia się nowy dziedzic płomieni. Odbywa się to w momencie, kiedy u dwóch osób posiadających ukryte geny tej rasy, zaczynają one dominować. Ale w niewielu stacjach, to one biorą górę nad tworzeniem nowego osobnika. Wówczas tylko może powstać dziedzic płomieni.
    Nikt dokładnie nie wie ilu żyje ich obecnie na Ziemi, i nikt nie wie kto z ludzi, nosi w sobie cechy odpowiedzialne za tworzenie potomków ognia.
    Może on jest ostatnim. Wraz z jego śmiercią, może już nigdy na Ziemi nie postawi swojej stopy żaden potomek rasy Feniksów. Ale kto to wie? Tylko dziedzic płomieni może znać odpowiedź na to pytanie.

Koniec
Podyskutuj o tym opowiadaniu na naszym forum.

Serwis "Carpe Noctem" oficjalnie rozpoczął działalność 1 września 2003
© copyright by "Carpe Noctem" 2003
Wszystkie prawa zastrzeżone
webmaster: Przemysław Romański
stat4u