|
Zona
Krzysztof Haladyn
ilustracje: Rafał Szłapa
Wściekły dźwięk telefonu wyrwał go z drzemki. Wolnym krokiem podszedł do aparatu i podniósł słuchawkę. Rozmowa trwała krótko. Bardzo krótko. Zdążył powiedzieć tylko: "tak, słucham" i poczuć jak tężeją mu wszystkie mięśnie. Odłożył słuchawkę i z zaciętym wyrazem twarzy zaczął się ubierać. Czyste skarpetki, zniszczone czarne wojskowe spodnie, koszulka, bluza. Wyciągnął plecak spod biurka, położył go na krześle i zaczął się zastanawiać. Co właściwie można zabrać ze sobą do Zony?
- Co się stało synku? Wychodzisz gdzieś? - Mama stojąca w drzwiach pokoju wyglądała na zaniepokojoną - Kto dzwonił?
Wiedział że tak naprawdę nie chciała poznać odpowiedzi na te pytania. Po prostu zadawała je z przyzwyczajenia. Uśmiechnął się w duchu. To taki milczący układ, pomyślał. Ja nie pytam, co stało się z ojcem ani skąd w domu biorą się pieniądze (domyślał się tylko gdzie wieczorami chodzi jego matka i co robi, ale wolał się nad tym nie zastanawiać); ona nie chce wiedzieć zbyt wiele o moim życiu. Tak jest bezpieczniej, wygodniej. Mniej wiesz, spokojniej śpisz, to złota zasada.
- Muszę coś załatwić. Może mnie nie być kilka dni.- Odpowiedział pochylając się nad plecakiem.- Nie martw się.
- Dobrze kochanie. Tylko proszę uważaj na siebie- Niepokój w jej głosie przeszedł w spokojną rezygnację.
- Będę uważał, obiecuję- Chyba zrozumiała że kłamie ale nic nie powiedziała. Powoli zamknęła za sobą drzwi. Seth podszedł do szafy i otworzył ją. Na dolnej półce, pod ubraniami leżało to czego szukał. Zastanowił się chwilę i wyciągnął ciężki dwumetrowy łańcuch zakończony ciężarkiem, trzydziesto centymetrowy lekko pordzewiały bagnet i dwa krótkie noże. Założył buty, wrócił do szafy i wziął jeszcze jeden niewielki płaski nóż który schował w bucie. Tak na wszelki wypadek. Łańcuch, bagnet i noże schował do plecaka (zdecydował że później rozlokuje je przy ciele żeby były pod ręka), przykrył je zapasową parą spodni i butów.
Zapiął plecak ponownie czując jak napinają mu się wszystkie mięśnie. Założył poniszczoną skórzaną kurtkę, usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. O Boże idę do Zony - pomyślał - Do jedynego miejsca, w którym naprawdę nie chciałbym się znaleźć. Do miejsca gdzie trudno było przeżyć, nawet jeśli umiałeś walczyć i jakoś sobie radzić. Ona nie umiała a była tam od czterech, może pięciu godzin... Po chwili podszedł do okna i spod obluzowanej deski w podłodze wyciągnął zawiniątko. Oszczędności życia- pomyślał chowając paczuszkę do kieszeni kurtki- zbierane żeby kiedyś móc się z stąd wyrwać. Cóż może jeszcze będzie jakieś "kiedyś".
Gdy wychodził z mieszkania na wiecznie śmierdzącą moczem klatkę schodową mama nie odezwała się ani słowem. Mniej wiesz, spokojniej śpisz.
* * *
Światło. Ostre, białe, rażące w oczy światło jarzeniówek. Monotonny stukot kół miejskiej kolejki. Szepty stłoczonych wokół ludzi... Powoli odzyskiwała przytomność z każdą chwilą uświadamiając sobie jak bardzo jest obolała.
- Jak się czujesz?- Mark, jej fotograf i redakcyjny kolega miał podbite oko które zdążyło już mocno napuchnąć i nabrać ciemnego śliwkowego koloru. Ślad po tym co policja nazywała "zatrzymaniem".
- Strasznie boli mnie głowa. Gdzie jesteśmy?- Zapytała delikatnie dotykając sporej wielkości guza na potylicy.- Czy jedziemy do...
- Do Zony - Dokończył Mark.- Jedziemy do Zony i zaraz będziemy na miejscu.
Annie zadrżała. Wszystko przez ten artykuł. Tak celny, tak cięty. Tak doskonale krytykujący działania władz i tak sprytnie przemycony przez cenzurę. Artykuł, który prawdopodobnie miał być ostatnim w jej krótkiej i błyskotliwej karierze dziennikarki opozycyjnego pisma.
Opancerzony pociąg miejski służący do transportu więźniów zaczął hamować na stacji. Gdy się zatrzymał, a rozsuwane drzwi otworzyły się z cichym szumem, Annie i Mark wysiedli razem z innymi. Na peronie czekał na nich kordon uzbrojonych policjantów. Mark oddzielił się od niej i podbiegł do jednego z funkcjonariuszy. Zaczął mu coś tłumaczyć wymachując rękami. Annie chciała krzyknąć, zawołać go, ale nie zdążyła. Odgłos strzału był bardzo głośny, ruch na peronie zamarł na chwilę. Jakby w zwolnionym tempie zobaczyła jak ciało Marka szybuje w górze jakieś dwa metry, upada na ziemię, przetacza się na bok i nieruchomieje obok śmietnika. W chwilę później nad jego zwłokami zaroiło się od ludzi, którzy zaczęli zdzierać z niego dosłownie wszystko, buty, ubranie. Annie poczuła piekące pod powiekami łzy i odwróciła wzrok. Cóż, w Zonie życie ludzkie nie jest wiele warte- pomyślała.
- Rozejść się! Opuścić peron!- Rozległ się metaliczny, zniekształcony przez głośniki głos należący prawdopodobnie do kapitana policji. Zdezorientowani ludzie zaczęli schodzić z peronu i rozchodzić się po Zonie. Wielu z nich wiedziało że nie mają większych szans na przeżycie tutaj, ale zostanie na stacji lub próba stawiania oporu oznaczała natychmiastową śmierć lub (w najlepszym przypadku) ciężkie pobicie. Po wyjściu na zewnątrz Annie rozejrzała się wokół. W gasnącym popołudniowym słońcu zobaczyła zniszczone, pokryte grafitti budynki, wypalone wraki samochodów, ludzi o pustym spojrzeniu chodzących bez celu z otępiałym wyrazem twarzy. Wiedziała że musi się ukryć. Znaleźć jakieś bezpieczne miejsce gdzie będzie mogła w miarę spokojnie przemyśleć sytuację w jakiej się znalazła. Szła przed siebie starając się nie rzucać nikomu w oczy. W Zonie lepiej było być niewidzialnym. Minęła dwa bloki pokryte napisami z nazwą gangu (Krwawi Mordercy) prawdopodobnie władającego tym terenem; skręciła w zaułek i usiadła na ziemi za kubłem na śmieci. Poczuła jak emocje całego dnia zalewają ją falą i gorące łzy popłynęły jej po policzkach. Po chwili, wyczerpana zapadła w nerwowy, niespokojny sen.
* * *
Zona, Strefa, Bagno lub, jak nazywały to miejsce władze - "Strefa Tymczasowej Izolacji"; zajmowała niemal połowę miasta. Był to obszar otoczony wysokim murem, pilnowany całą dobę przez uzbrojonych strażników. Dostać się do Zony można było na dwa sposoby. Przez jedną z sześciu bram lub specjalnym opancerzonym pociągiem. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach z własnej woli nie próbował się tam znaleźć.
Wydostać się - to już inna sprawa.
Raz na tydzień transporter wywoził ciała. To była jedyna droga opuszczenia Strefy. W worku. Do Strefy Tymczasowej Izolacji wysyłano wszystkich, którzy przekroczyli prawo lub mieli pecha narazić się władzom (lub ich rodzinom, przyjaciołom, znajomym itd.). Byli tu więc mordercy, złodzieje, gwałciciele, ćpuny, opozycjoniści oraz wszelkiej maści męty. W Zonie nie było żadnych władz (może z wyjątkiem gangów panujących na poszczególnych ulicach) i nikt nie interesował się tym co działo się za jej murem. Radę miasta i policję obchodziło tylko jedno - by ci, którzy znaleźli się w Strefie nigdy jej nie opuścili, a w każdym razie nie opuścili jej żywi.
Na jednej z konferencji prasowych, redakcyjny kolega Annie zapytał członków Rady Miasta, dlaczego właściwie nazywają Zonę Strefą Tymczasowej Izolacji. Nigdy nie usłyszał odpowiedzi, za to jeszcze tego samego dnia mógł dowiedzieć się wszystkiego o tym miejscu. Niestety nie zdołał się tą wiedzą z nikim podzielić. Niesprawiedliwością jednak byłoby stwierdzenie, że władze nie robiły niczego dla Strefy. Regularnie przez zaufanych ludzi dostarczano tam narkotyki. Najczęściej z małymi dodatkami w postaci groźnych bakterii lub powodujących mało przyjemną śmierć toksyn. Przeludnienie Strefy byłoby niebezpieczne, a nic tak wspaniale nie redukuje liczebności jak niewielka epidemia. Skażone prochy, choroby, wojny gangów - wszystko razem sprawiało, że Zona była wyjątkowo nieprzyjemnym miejscem, gdzie życie ludzkie było niewiele warte i zazwyczaj trwało bardzo krótko.
* * *
Seth wyszedł z bramy i odetchnął nocnym powietrzem. Zawsze uważał, że w nocy miasto jest bardziej znośne. Widać mniej brudu, zapach smogu jest znacznie mniej wyczuwalny. Podjęcie decyzji nie zajęło mu wiele czasu. Postanowił spróbować przejść przez południową bramę, tam powinno być najłatwiej. Nie znał nikogo, kto starałby się dostać do Zony, lecz instynkt podpowiadał mu, że południowa strona to dobry wybór. Poza tym, stamtąd najbliżej było do stacji kolejki. Tam właśnie chciał zacząć poszukiwania. Po przejściu dwóch przecznic zatrzymał się pod bramą bloku. Nasłuchiwał przez chwilę, po czym zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Klatka schodowa była pusta, jeśli nie liczyć przemykających co chwilę pod ścianami szczurów. Śmierdzi jeszcze bardziej niż u mnie- pomyślał. - Daj spokój, nie wszedłeś tu po to by podziwiać widoki. Seth uśmiechnął się do siebie i ściągnął kurtkę. Wyjęty z plecaka łańcuch zadzwonił mu w rękach. Owinął go na skos wokół ramienia i zahaczył o szlufkę paska. Do pochwy wszytej na plecach w podszewkę kurtki schował bagnet; noże wylądowały w przedniej i tylnej kieszeni spodni. Uzbrojony i niebezpieczny (durny samobójca), Boże co ja właściwie robię- niespokojne myśli zaczęły go paraliżować gdy zakładał skórę. Szybko wyszedł z cuchnącej klatki i głośno wciągnął powietrze przez nos. Poczuł jak spływa na niego spokój. Robię to, co muszę- pomyślał i szybkim krokiem ruszył dalej. Pochłonięty myślami szedł przez miasto, mijając ludzi, których nawet nie zauważał. Po chwili skręcił w podwórko automatycznie wybierając skrót. Z zamyślenia wyrwał go głos młodej prostytutki:
- Cześć przystojniaku.- Dziewczyna była brudna i wychudzona, wyglądała na kogoś, kto rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy na kolejną działkę. Może w jej przypadku kolejny będzie Złoty Strzał.- Chcesz się zabawić?
- Nie dzięki- Powiedział mijając ją.
- Nawet nie wiesz, co tracisz!- Krzyknęła za nim dziewczyna. Chyba wiem- pomyślał- trypra, i może coś jeszcze gorszego. Przyspieszył kroku i po chwili ponownie wyszedł na ulicę. Tutaj na budynkach było znacznie mniej grafitti, dziwki wydawały się czystsze a pod blokami nie stały grupki ćpunów. Wiedział, że zbliża się do posterunku przy południowej bramie. Idąc poprawił zsuwający się z ramienia pod kurtką łańcuch. Nie był jeszcze pewny w jaki sposób dostanie się za mur, ale jedno wiedział na pewno- Annie nie poradzi sobie tam długo sama a czas ucieka. Mógł znaleźć się w Zonie w "tradycyjny" sposób, czyli po prostu złamać prawo, ale uznał że to trwałoby za długo, a poza tym straciłby wszystkie swoje rzeczy podczas rewizji. Trzeba więc będzie spróbować jakoś inaczej. Skręcił za róg i wtedy ją zobaczył. Na końcu uliczki wznosił się mur, a w nim południowa brama Zony. Seth zwolnił krok szukając papierosów w kieszeniach kurtki. Znalazł wymiętą paczkę, wyciągnął papierosa i odpalił go benzynową zapalniczką. Ostatnia chwila na decyzję- pomyślał zatrzymując się mniej więcej pięćdziesiąt metrów od pilnowanej przez policję bramy. Po kilku minutach, gdy z papierosa został już tylko żar i filtr, wyrzucił niedopałek i pewnym krokiem ruszył przed siebie. Dotarł do niemal siedmiometrowego muru zwieńczonego drutem kolczastym i bramy ze stali. Uzbrojony strażnik wyglądał na zmęczonego, chyba zbliżała się pora zmiany warty. Zagrodził mu drogę kładąc jednocześnie palec na spuście karabinu i zapytał uprzejmie:
- Czego?
- Chcę się widzieć z kapitanem- Spokojny, pewny głos; powtarzał sobie w myślach Seth.
- Po co?- W głosie policjanta słychać było zainteresowanie.
- Mam do niego sprawę- Sięgnął do kieszeni- Ważną sprawę- dodał podając strażnikowi kilka banknotów.
- Zaraz go wezwę.- Powiedział z uśmiechem chowając pieniądze.
Seth oddalił się na kilka metrów i zapalił kolejnego papierosa. Po chwili usłyszał ostry kobiecy głos:
- O co chodzi?- Stojąca przed nim kobieta miała około trzydziestki. Miała niebieskie oczy, a jej blond włosy, spięte w kucyk wypływały spod granatowego policyjnego hełmu. Może nawet wyglądałaby atrakcyjnie, ale zupełnie nie pasował do niej trzymany w dłoniach szybkostrzelny karabin półautomatyczny.
- Musze się dostać do środka- Powiedział pewnym głosem.
- Nie jesteś dostawcą- Było to raczej stwierdzenie niż pytanie- Dlaczego miałabym cię wpuścić?
- Bo naprawdę muszę tam wejść- Seth wyciągnął plik banknotów podał go strażniczce.
- Dlaczego?- Popatrzyła na niego podejrzliwie.
- Po prostu muszę- Kolejny plik zmienił właściciela- Bardzo mi na tym zależy- Jeszcze jeden (to już ostatni, pomyślał).
- Jesteś szalony albo zwyczajnie głupi. Skąd masz te pieniądze? Zresztą nie chcę wiedzieć. Pamiętaj tylko, że stamtąd nie ma odwrotu.- Kobieta krzyknęła w stronę strażników:- Otworzyć bramę!
Policjanci ustawili się w półkolu, z gotową do strzału bronią wycelowaną w stronę stalowej bramy. Seth stanął przed nimi i gdy wielkie płyty rozsunęły się, wszedł do środka odprowadzany ich zdziwionymi spojrzeniami. Najłatwiejsze już za mną- pomyślał słysząc metaliczny szczęk zamykanej za nim bramy.
* * *
Obudziły ją podniesione głosy. Powoli otworzyła oczy i z rosnącym przerażeniem rozejrzała się wokół. Było ich trzech. Stali nad nią w półkolu, tak by nie miała gdzie uciekać.
- Niezła jest!- Odezwał się stojący po środku gość ze złamanym nosem.
- Tak, mamy dzisiaj szczęście! Kto pierwszy?- Mężczyzna po lewej rozpinał już nabijany ćwiekami pasek. - Wygląda że ja, w końcu mam dzisiaj urodziny- Powiedział odsłaniając w lubieżnym uśmiechu poczerniałe zęby.
- Gówno prawda! Urodziny miałeś w zeszłym tygodniu! Dzisiaj moja kolej!
Annie poderwała się na nogi, lecz napastnicy byli szybsi. Błyskawicznie złapali ją za ramiona i rzucili na ziemię. Uderzyła tyłem głowy o chodnik i na moment zrobiło się ciemno. Oprzytomniała, gdy mężczyzna z krzywym nosem zdzierał z niej bluzkę i stanik. Z obrzydzeniem poczuła jego brutalne ręce na swoich piersiach i zaczęła krzyczeć.
- O tak mała krzycz! Skąd wiedziałaś że to lubię?- Powiedział majstrując przy zamku jej spodni. Szarpała się, lecz dwóch oprawców nadal mocno trzymało ją za ramiona. Gorączkowe myśli z ogromną prędkością przelatywały jej przez głowę, gdy zdarł jej spodnie. Ciepłe łzy płynęły po policzkach a z ust wydobywał się zduszony, paniczny szloch. Mężczyzna stanął nad nią i z obleśnym, udającym uśmiech grymasem rozpinał rozporek. Nagle w powietrzu rozległ się metaliczny brzęk i połowa jego twarzy przestała istnieć dosłownie eksplodując krwią i odłamkami kości. Łańcuch ze świstem zatoczył łuk i owinął się wokół ręki stojącego u wylotu zaułka napastnika.
- Co do kur... - Drugi z niedoszłych gwałcicieli nie zdążył skończyć. Jego głos przeszedł w gardłowy charkot, gdy ze zdumieniem przyglądał się rękojeści krótkiego noża sterczącej dwa centymetry pod mostkiem. Trzeci zbir patrzył jak oniemiały. Dla niego to wszystko działo się zbyt szybko.
- Wstawaj- Powiedział Seth wyciągając bagnet z pochwy na plecach- Już!
Napastnik nie zamierzał się kłócić. Seth zastanawiał się chwilę patrząc na przeciwnika.
- Spierdalaj, już cię tu nie ma!- Gdy tamten odwrócił się by uciec, łańcuch świsnął raz jeszcze. Owinął się wokół jego szyi i szarpnięty mocno złamał mu kark.
- Nic Ci nie jest?- Zapytał Seth podnosząc Annie z ziemi- Nic Ci nie zrobili?
- Nie, nie zdążyli- Nadal szlochała, ale sam jego widok wyraźnie ją uspokajał. Seth mocno ją przytulił. Stali tak przez chwilę, aż Annie zupełnie się uspokoiła. Zupełnie jakby na ten krótki moment zapomniała, że jest w Zonie; zupełnie jakby cały tan koszmar nigdy się nie wydarzył. Seth myślał zupełnie o czym innym. W głowie gorączkowo układał plan działania. Nie sądził, że znajdzie Annie tak szybko (wolał nie myśleć co stałoby się gdyby jej nie znalazł). Teraz musieli działać szybko. Nie miał jeszcze pomysłu, jak wydostaną się z Zony, wiedział tylko, że nie mogą dłużej zostać w tym cuchnącym zaułku. Za chwilę mogą zjawić się tu kumple tych trzech śmierdzieli. Odsunął ją od siebie i powiedział:
- Musimy stąd spadać. Dasz radę?
Skinęła głową. Zmęczona, z rozmazanym makijażem i wystraszona- nadal była piękna. Seth wyjął z plecaka zapasowe spodnie i buty.
- Przebierz się- Powiedział podając jej ubranie- Za bardzo rzucasz się w oczy.
Annie bez słowa spełniła prośbę. Podwinęła za długie spodnie, zawiązała buty i spytała:
- Co dalej?- Dobre pytanie, pomyślał Seth. Powiedział tylko:
- Idziemy.
* * *
Nad Zoną powoli szarzał świt. Szli ulicami, mijając zaniedbane budynki i wraki samochodów. Seth trzymał Annie za rękę i szybko rozglądał się dookoła. Dziewczyna była coraz słabsza, szła wolno, potykając się co chwilę. Przeżycia ostatniej nocy wyczerpały ją fizycznie i psychicznie. Seth wiedział, że muszą się gdzieś zatrzymać, odpocząć.
- Jeszcze tylko trochę Kochanie. Jesteśmy niedaleko wschodniej bramy.
Wchodzimy na teren Martwego Bractwa., tu powinniśmy być w miarę bezpieczni. Bezpieczni w Zonie, śmieszne, pomyślał.
- Znasz ten gang?- Zapytała z niedowierzaniem.
- Kiedyś byłem ich członkiem, na zewnątrz, potem prawie wszyscy wylądowali tutaj.
Annie chciała zapytać o coś jeszcze, ale zrezygnowała widząc zacięty wyraz jego twarzy. Przeszli jeszcze dwie przecznice, gdy Seth nagle zatrzymał się koło wejścia do jakiegoś budynku.
- Tu jest ich znak.- Powiedział wskazując grafitti przedstawiające czaszkę przebitą bagnetem.
- Gdy tam wejdziemy, nie odzywaj się i nie patrz nikomu w oczy. Ja będę mówił; gdyby sytuacja zaczęła wyglądać źle, natychmiast uciekaj.
Annie tylko skinęła głową. Zona, gangi i reguły w nich panujące to nie był jej świat. Gdy weszli do bramy, drogę zastąpiło im dwóch ubranych na czarno mężczyzn, prawdopodobnie pełniących rolę wartowników.
- Czego tu kurwa chcecie? Szukacie kłopotów?- Odezwał się jeden z nich.
- Jestem jednym z was.- Powiedział Seth odwijając rękaw kurtki, żeby pokazać tatuaż czaszki na przedramieniu.
- Zaczekajcie tutaj.- Głos mężczyzny trochę złagodniał.- Leć obudzić Marcusa- Powiedział do swego kolegi.
Po chwili po schodach zszedł ubrany na czarno, mniej więcej dwudziestopięcioletni gość w skórzanej kurtce. Był wyraźnie zaspany i niezadowolony z faktu, że go obudzono. Rzucił okiem na tatuaż Setha i powiedział krótko:
- Wejdźcie. Pogadamy na górze.
Zaprowadził ich na pierwsze piętro zniszczonego budynku. Usiedli na podłodze w niewielkim pokoju. Marcus poczęstował Setha papierosem, którego ten z wdzięcznością przyjął.
- Jestem Marcus, szef Bractwa w Zonie.- Powiedział po chwili.
- Nazywam się Seth, a to jest Annie.
- Jesteś jednym z nas?
- Byłem.- Marcus spojrzał na niego badawczo- Poza Strefą Bractwo praktycznie przestało istnieć- Dodał Seth po chwili.
- Tak, słyszałem o tym.
Siedzieli przez chwilę paląc w milczeniu. Annie zaczynała przysypiać. Ciszę przerwał Seth:
- Słuchaj, musimy się stąd wydostać. Wydostać się z Zony
Czy możecie nam pomóc?
- Ochujałeś?!?- Marcus był wyraźnie zaskoczony.- Ze Strefy można wydostać się tylko w worku!
- W takim razie pozwól nam tu zostać do wieczora. Musimy odpocząć, szliśmy od południowej bramy.
- Możecie tu zostać. W końcu jesteś jednym z nas. Radzę wam tylko, nie miejcie nadziei na ucieczkę z Zony. Nikomu żywemu to się jeszcze nie udało.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz.- Stwierdził Seth lekko się uśmiechając.
- Skoro tak twierdzisz
Daj znać gdybyście czegoś potrzebowali.
Wychodząc, Marcus rzucił im pomiętą paczkę papierosów. Gdy zostali sami Annie zapytała:
- Naprawdę nie mamy szans? Nigdy stąd nie wyjdziemy?- W jej głosie nie było niepokoju, raczej spokojna rezygnacja.
- Nie wiem Kotku
ale mam pewien pomysł.- Seth odpalił kolejnego papierosa- Teraz spij, musisz być bardzo zmęczona.
Chciała zadać jeszcze wiele pytań, ale wiedziała, że nic więcej od niego nie wyciągnie. Położyła mu głowę na kolanach i powiedziała tylko:
- Kocham Cię.
Po chwili jej oddech stał się spokojny i miarowy.
* * *
Gdy Seth ją obudził, za oknem robiło się ciemno. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest, lecz szybko sobie przypomniała. Od spania na podłodze wszystko ją bolało, ale i tak czuła się w miarę wypoczęta. Seth patrzył na nią przez chwile zamyślony, po czym powiedział:
- Rozmawiałem z kilkoma osobami. Przy odrobinie szczęścia mamy szansę się stąd wydostać.
- Jak?- Zapytała zaciekawiona.
- Dzisiaj w nocy z Zony wywożą ciała. Transporter będzie wyjeżdżał niedaleko stąd, przez wschodnią bramę.- Zapalił papierosa i mówił dalej- Marcus ma kilka worków na ciała, moglibyśmy się w nich ukryć, a strażnicy wywieźliby nas za bramę.
Annie spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Seth, przecież to szaleństwo! Ciała są palone za miastem, a transportera pilnują po drodze strażnicy!
- Uspokój się. To chyba jedyny sposób. Zrobimy małe otwory w workach, żeby dało się oddychać. Uciekniemy za miastem, tam gdzie palą ciała.
Annie zrozumiała, że ten ryzykowny plan ma szanse powodzenia. Wiedziała też, że nie mogą zostać w Zonie. Seth wstał i wyszedł, żeby wszystko przygotować, zostawiając ją samą z ponurymi myślami. Wrócił po pół godzinie. Miał zacięty wyraz twarzy, widać było jak bardzo jest zdenerwowany.
- Posłuchaj mnie uważnie. Worki są gotowe. Marcus i jego ludzie wyniosą nas w nich na ulicę. Gdy przyjadą strażnicy, nie ruszaj się i nie odzywaj. - Podał jej mały nóż - Gdy poczujesz, że zrzucają nas z ciężarówki do rowu w którym palą ciała, policz do sześćdziesięciu. Potem rozetnij worek i bądź przygotowana do biegu.
- To wszystko brzmi tak prosto kiedy o tym mówisz- W jej głosie słychać było, że ma wątpliwości.- A co jeśli coś pójdzie nie tak?
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.- "Przynajmniej taką mam nadzieję" dodał w myślach
- Powiem tylko tyle: Oboje jesteście zdrowo popierdoleni- Stwierdził Marcus przysłuchujący się ich rozmowie.
Seth pochylił się i pocałował ją.
- Kocham Cię.
- A ja Ciebie. Do zobaczenia po drugiej stronie. - Powiedział, gdy ludzie Marcusa zapinali ich w workach.
Annie miała nadzieję, że chodzi mu o drugą stronę muru, a nie... życia.
* * *
Leżał na ulicy, w dusznych ciemnościach worka na zwłoki. Miał trudności z określeniem upływu czasu, ale sądził, ze minęła mniej więcej godzina. Zaczynał tracić nadzieję, że transporter się pojawi. Nagle usłyszał warkot silnika. Poczuł, że jest unoszony do góry i uderza o inne ciała leżące na transporterze. Po chwili usłyszał głuchy odgłos- to Annie "wylądowała" obok niego. Jazda trwała całe wieki, a przynajmniej tak mu się wydawało. Leżał w niewygodnej pozycji, przez otwór do oddychania przedostawał się mdlący smród rozkładających się ciał. Cały czas walczył, żeby nie zwymiotować. Zastanawiał się, jak Annie to wytrzymuje. Wreszcie poczuł, że transporter się zatrzymuje. Razem z lawiną innych ciał spadł do rowu. Seth zaczął odliczać najdłuższe sześćdziesiąt sekund swojego życia
Nie wytrzymał, i przy pięćdziesięciu gwałtownie rozciął worek. Uderzył go niewyobrażalny smród rozkładu. Zobaczył, że około dwóch metrów od niego nóż przebija ściankę worka. Szybko przeczołgał się w to miejsce i pomógł wydostać się Annie.
- Na trzy, biegniemy w lewo. Jakieś dwieście metrów stąd jest las.- Wyszeptał jej do ucha.- Biegnij pochylona, może nas nie zobaczą.
Wziął głęboki wdech, złapał ja za rękę i zaczęli biec. Przebyli około pięćdziesiąt metrów, w oddali majaczyła czarna bryła lasu. Seth zaczynał wierzyć, że naprawdę im się uda
- STAĆ!- Z tyłu rozległ się zniekształcony przez megafon, metaliczny głos strażnika.
- Biegnij dalej!- Krzyknął Seth.
Odgłos strzału zabrzmiał jak grzmot. Ciało Annie uniosło się w górę, przeleciało przed niego, upadło i znieruchomiało. Seth zrozumiał
Z Zony nie ma ucieczki. Odwrócił się przodem do strażnika szeroko rozkładając ręce. Padł strzał...
KONIEC
Podyskutuj o tym opowiadaniu na naszym forum.
|