|
|
|
Jo Nesbo Pentagram
Część I.
1. Piątek. Jajka
Kamienicę zbudowano w roku 1898 na gliniastym podłożu, które od zachodu
odrobinę się poddało, więc teraz woda łatwo pokonała próg pod drzwiami
od strony zawiasów. Spłynęła na podłogę sypialni i mokrym strumykiem
pobiegła po dębowym parkiecie, stale podążając na zachód. W lekkim
zagłębieniu klepek strumyk na moment się zatrzymał, ale zaraz pod
naporem większej ilości wody pomknął jak wystraszony szczur ku listwie
pod ścianą. Tam woda rozlała się już na obie strony, szukając, jak gdyby
węsząc pod listwą, aż znalazła szczelinę pomiędzy krańcem klepek a
ścianą. W szczelinie leżała pięciokoronowa moneta z profilem króla
Olafa, wybita w roku 1987. Rok później moneta wypadła z kieszeni
stolarza, ale to były czasy wzrostu gospodarczego, wiele strychów
przerabiano na mieszkania i stolarzowi nie chciało się szukać pieniążka.
Woda nie potrzebowała długiego czasu na znalezienie drogi pod parkietem.
Nie licząc zalania w roku 1968, tym samym, w którym w kamienicy
wymieniono dach, świerkowe deski bowiem schły i kurczyły się
nieprzerwanie od roku 1898, więc teraz szpara między dwiema położonymi
najbliżej ściany wynosiła pół centymetra. Przez tę szparę woda lała się
na jedną z belek i spływała po niej coraz dalej w kierunku zachodnim,
wnikając w ścianę zewnętrzną. Tam wsiąkała w wapienny tynk i zaprawę,
którą ponad sto lat wcześniej sporządził mistrz murarski i ojciec
pięciorga dzieci, Jacob Andersen. Podobnie jak inni murarze w Oslo, w
owym czasie również Andersen przygotowywał zaprawę i tynk według
własnego przepisu. Nie dość że stosował swoje wyjątkowe proporcje
mieszanki wapna, piasku i wody, to jeszcze uzupełniał ją specjalnymi
składnikami: końskim włosiem i świńską krwią. Jacob Andersen żywił
bowiem przekonanie, że włosie i krew nadają zaprawie dodatkowej
trwałości. Nie on sam to wymyślił, jak wyjawił swoim niedowierzającym
kolegom po fachu. Jego ojciec i dziadek, Szkoci, używali tych samych
składników, tyle że owczych. I chociaż Andersen porzucił swoje szkockie
nazwisko i przybrał nazwisko mistrza, u którego terminował, to nie
widział powodu, by rezygnować z doświadczenia gromadzonego przez
sześćset lat. Niektórzy murarze uważali, że to niemoralne, inni
twierdzili, że zawarł pakt z diabłem, ale większość po prostu go
wyśmiewała. Być może właśnie Andersen jako jeden z ostatnich
rozpowszechniał historię, która miała na dobre zakorzenić się w
rozrastającym się mieście nazywanym w owych czasach Kristianią. Otóż
pewien woźnica z Grünerlżkka poślubił kuzynkę z Värmland i razem
przeprowadzili się na Seilduksgata, do pokoju z kuchnią w jednej z
kamienic, w których budowie uczestniczył Andersen. Pierwsze dziecko
małżonków nieszczęśliwie przyszło na świat z czarnymi kędziorami i
piwnymi oczami, a ponieważ oboje byli jasnowłosi i niebieskoocy, a
mężczyzna ponadto miał naturę zazdrośnika, pewnej nocy skrępował żonę,
zaniósł ją do piwnicy i zamurował w ścianie. Jej krzyki skutecznie
stłumiły grube mury, gdy stała związana, wciśnięta pomiędzy dwie warstwy
cegieł. Mąż być może sądził, że kobieta udusi się z braku powietrza, ale
murarze umieli zadbać o odpowiednią wentylację. Nieszczęsna w końcu
zaatakowała mur zębami. Działanie to nie było być może całkiem
pozbawione sensu, gdyż Andersen, Szkot, ponieważ wykorzystywał krew i
włosie, to jednocześnie uważał, że może dzięki temu zaoszczędzić na
wapnie, w wyniku tego powstał porowaty mur, który poddał się atakowi
mocnych värmlandzkich zębów. Cechująca jednak kobietę żarłoczność życia
sprawiła niestety, że brała zbyt duże kęsy zaprawy i cegieł. Nie była w
stanie ani ich pogryźć, ani przełknąć, ani wypluć, i piasek, drobny żwir
i kawałki wypalonej gliny zatkały jej w końcu tchawicę. Zsiniała na
twarzy, serce zaczęło bić wolniej i przestała oddychać.
Większość ludzi powiedziałaby, że umarła.
Według legendy jednak smak świńskiej krwi sprawił, że nieszczęsna
kobieta wciąż uważała, że żyje. Nagle bez najmniejszego wysiłku
wyzwoliła się z pęt sznura, którym była związana, przeszła przez ścianę
i zaczęła straszyć. Niektórzy starzy ludzie z Grünerlżkka wciąż
pamiętają historię z dzieciństwa o kobiecie z głową świni, która
wieczorami krążyła po ulicach z nożem i obcinała głowy dzieciom, zbyt
późno wracającym do domu; musiała bowiem nieustannie czuć smak krwi, by
całkiem nie zniknąć. Bardzo niewielu natomiast znało nazwisko murarza,
więc mistrz Andersen dalej przyrządzał bez przeszkód swoją zaprawę o
szczególnym składzie. Kiedy trzy lata później przy murowaniu ścian
kamienicy, w której teraz płynęła woda, spadł z rusztowania,
pozostawiając po sobie dwieście koron i gitarę, do czasu, gdy murarze
zaczęli w mieszankach cementu używać sztucznych przypominających włosie
włókien, a w pewnym laboratorium w Mediolanie stwierdzono, że mury
Jerycha wzmocniono krwią i sierścią wielbłądzią, miało upłynąć jeszcze
blisko sto lat.
Większość wody nie wsiąkała jednak w ścianę, lecz spływała w dół, bo
woda, tchórzostwo i żądza zawsze poszukują najniższego punktu. Pierwszą
porcję wody wchłonęła grudkowata pylista glinka tworząca izolację
pomiędzy warstwami belek, lecz wody wciąż dopływało więcej. Glinka
wreszcie się nasyciła, a wtedy woda przedarła się przez nią, mocząc
gazetę ,Aftenposten" z 11 lipca 1898, prorokującą, że wysoka koniunktura
w branży budowlanej Kristianii prawdopodobnie osiągnęła już szczyt i
można mieć nadzieję, iż pozbawionych skrupułów spekulantów
nieruchomościami czekają wreszcie gorsze czasy. Na stronie trzeciej
pisano, że policja wciąż nie natrafiła na żaden ślad w sprawie
morderstwa młodej szwaczki, którą tydzień wcześniej znaleziono zakłutą
nożem w łazience. W maju nad rzeką Aker odkryto zwłoki dziewczyny
zabitej i okaleczonej w podobny sposób, ale policja odmawiała odpowiedzi
na pytanie, czy te dwie zbrodnie należy ze sobą łączyć.
Woda przeciekła przez gazetę i przelała się między znajdującymi się pod
nią deskami podsufitki na pomalowane farbą olejną płótno. Ponieważ
podczas zalania w roku 1968 uległo ono perforacji, woda przesączała się
przez otworki, tworząc krople, które wisiały tak długo, aż zrobiły się
dostatecznie duże, by siła ciążenia pokonała siłę wiązań
powierzchniowych. Odrywały się i swobodnie spadały z wysokości trzech
metrów i ośmiu centymetrów. Tam woda wreszcie się zatrzymywała. W
wodzie.
Vibeke Knutsen mocno pociągnęła papierosa i wydmuchała dym przez otwarte
okno na czwartym piętrze. Było popołudnie, gorące powietrze unosiło się
znad spieczonego słońcem asfaltu na podwórzu i podrywało rozwiewający
się dym w górę jasnoniebieskiej fasady. Zza domu od czasu do czasu
dochodziły odgłosy samochodu przejeżdżającego zwykle tak uczęszczaną
Ullevölsveien. Teraz jednak, w okresie urlopowym, można było odnieść
wrażenie, że miasto jest po ewakuacji. Na parapecie leżała mucha ze
sztywno wyciągniętymi nogami. Zabrakło jej rozumu, żeby uciec przed
upałem. W części mieszkania wychodzącej na Ullevölsveien było chłodniej,
ale Vibeke nie lubiła widoku w tamtą stronę. Na Cmentarz Zbawiciela.
Pełen słynnych ludzi. Słynnych zmarłych ludzi. Na parterze jej domu był
sklep, w którym sprzedawano ,pomniki", jak głosił szyld, czyli nagrobki.
To się chyba nazywa bliskość rynku zbytu.
Vibeke przyłożyła czoło do chłodnej szyby. Cieszyła się, gdy zrobiło się
ciepło, lecz ta radość prędko przeminęła. Już teraz tęskniła za
chłodnymi nocami i za ludźmi na ulicach. Dzisiaj w galerii było pięcioro
klientów przed lunchem i troje po. Z nudów wypaliła półtorej paczki
papierosów, serce zaczęło jej łomotać, a gardło miała tak wysuszone, że
ledwie mogła mówić, gdy zadzwonił szef z pytaniem, jak idzie. Mimo
wszystko, gdy tylko zdążyła wrócić do domu i nastawić ziemniaki, znów
głód nikotyny zaczął ją ssać.
Rzuciła palenie dwa lata temu, gdy związała się z Andersem. Wcale jej o
to nie prosił. Przeciwnie. Gdy poznali się na Gran Canaria, poprosił
nawet, by poczęstowała go papierosem, ot tak, dla zabawy. A kiedy
zamieszkali razem, zaledwie w miesiąc po powrocie do Oslo, to jedną z
pierwszych rzeczy, jaką powiedział, było to, że odrobinę biernego
palenia ich związek musi przecież wytrzymać. I że naukowcy prowadzący
badania nad rakiem z całą pewnością przesadzają. I że z czasem na pewno
przyzwyczai się do zapachu dymu, którym przesiąkają ubrania. Dzień
później Vibeke podjęła decyzję. Gdy Anders po kilku dniach przy obiedzie
zauważył, że już dawno nie widział jej z papierosem, odpowiedziała, że
właściwie nigdy nie była nałogową palaczką. Uśmiechnął się, pochylił nad
stołem i pogłaskał ją po policzku.
- Wiesz, Vibeke, przez cały czas miałem takie wrażenie.
Usłyszała bulgotanie w garnku za plecami i popatrzyła na papierosa.
Jeszcze trzy pociągnięcia. Wzięła pierwsze. Nie poczuła żadnego smaku.
Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy właściwie znów zaczęła palić.
Może w ubiegłym roku, mniej więcej wtedy, gdy Anders zaczął wyjeżdżać w
tak długie podróże służbowe? A może około Nowego Roku, odkąd prawie co
wieczór zostawał w pracy po godzinach? Czy to dlatego, że była
nieszczęśliwa? Czy w ogóle była nieszczęśliwa? Przecież nigdy się nie
kłócili. Nie sypiali też już prawie ze sobą, ale to dlatego, że Anders
tyle pracował. Tak powiedział i porzucił temat. Nieszczególnie jej tego
brakowało. Kiedy od czasu do czasu odbywali niezbyt namiętne stosunki,
miała wrażenie, że jego i tak przy niej nie ma. Doszła więc do wniosku,
że i jej może przy tym nie być.
Ale się nie kłócili. Anders nie lubił, gdy ktoś podnosił głos.
Vibeke spojrzała na zegarek. Kwadrans po piątej. Gdzie on się podziewa?
Zazwyczaj przynajmniej uprzedzał, że się spóźni. Zgasiła papierosa,
wyrzuciła go na podwórze, odwróciła się do kuchenki i zajrzała do
ziemniaków. Wbiła widelec w największy. Prawie gotowe. Na powierzchni
wrzącej wody unosiło się kilka malutkich czarnych grudek. Dziwne.
Ciekawe, czy to z ziemniaków, czy z garnka?
Akurat próbowała sobie przypomnieć, do czego używała go ostatnio, gdy
otworzyły się drzwi wejściowe. Z przedpokoju dobiegł zdyszany oddech i
odgłos zrzucanych butów. Anders wszedł do kuchni i otworzył lodówkę.
- I co? - spytał.
- Kotlety siekane.
- Okej! - Ton głosu podniósł się na koniec w znaku zapytania. Vibeke
mniej więcej wiedziała, co oznacza: ,Znowu mięso? Nie powinniśmy
częściej jadać ryb?".
- Na pewno będą dobre - dodał Anders obojętnie i pochylił się nad
garnkiem.
- Co ty robiłeś? Jesteś cały mokry od potu.
- Wieczorem nie będę mógł trenować, więc pojechałem rowerem nad
Sognsvann i z powrotem. Co to za grudki w wodzie?
- Nie wiem - odparła Vibeke. - Dopiero teraz je zauważyłam.
- Nie wiesz? Przecież kiedyś byłaś prawie kucharką?
Błyskawicznym ruchem wyciągnął dwoma palcami jedną z grudek i zaraz
włożył ją do ust. Vibeke wpatrywała się w tył jego głowy. W rzadkie
brązowe włosy, które początkowo tak jej się podobały. Zadbane,
odpowiednio przystrzyżone, z przedziałkiem na bok. Wyglądał wtedy tak
porządnie. Jak człowiek, który ma przed sobą przyszłość. Nie tylko dla
jednej osoby.
- Czym to smakuje? - spytała.
- Niczym - odparł, wciąż pochylony nad kuchenką. - Jajkami.
- Jajkami? Ja przecież umyłam ten garnek.
Urwała nagle. Anders się odwrócił.
- Co się stało?
- Kapie - wskazała na jego głowę.
Zmarszczył czoło i dotknął ręką włosów. Potem jak na komendę oboje
odchylili głowy i popatrzyli na sufit. Na białym sklepieniu wisiały dwie
krople. Vibeke, która miała krótki wzrok, pewnie w ogóle by ich nie
dostrzegła, gdyby były całkiem przezroczyste. Ale nie były.
- Wygląda na to, że Camilla ma potop - stwierdził Anders. - Idź do niej,
a ja ściągnę dozorcę.
Vibeke wpatrywała się w sufit zmrużonymi oczyma, a potem popatrzyła na
grudki w garnku.
- Boże - szepnęła, czując, że serce znów zaczyna jej się tłuc w piersi
jak zającowi.
- Co się tym razem stało? - spytał Anders.
- Idź po dozorcę i razem zadzwońcie do Camilli. Ja w tym czasie
zatelefonuję na policję.
2. Piątek. Plan urlopów
Budynek Policji, główna siedziba Komendy Okręgowej Policji na Grżnland,
położony był na wzgórzu w paśmie ciągnącym się od Grżnland w stronę
Tżyen i roztaczał się z niego widok na wschodnią część ścisłego centrum
miasta. Wybudowano go ze szkła i stali w roku 1978. Nie skłaniał się w
żadną stronę, idealnie trzymał poziom, a architekci, Telje, Torp i
Aasen, otrzymali dyplom. Telemonter, który zakładał kable w dwóch
długich skrzydłach biurowych, wysokich na siedem i dziewięć pięter,
dostał zasiłek i stek wyzwisk od ojca, gdy spadł z rusztowania i złamał
kręgosłup.
Od siedmiu pokoleń jesteśmy murarzami i balansujemy między niebem a
ziemią, dopóki siła ciążenia nie przyciśnie nas do ziemi. Mój dziadek
próbował uciec przed tym przekleństwem, ale towarzyszyło mu nawet na
drugi brzeg Morza Północnego. W dniu, w którym się urodziłeś,
poprzysiągłem sobie, że twój los będzie inny. Wierzyłem, że mi się to
udało. Telemonter! Czego, do cholery, może szukać telemonter sześć
metrów nad ziemią!".
Tego dnia po miedzianych drutach właśnie w tych przewodach, które
układał jego syn, sygnał z pogotowia policji przebiegł przez stropy
kolejnych pięter odlane z fabrycznej mieszanki cementu i dotarł do biura
naczelnika wydziału policji Bjarnego Mżllera. W Wydziale Zabójstw na
szóstym piętrze Mżller akurat się zastanawiał, czy się cieszy, czy
martwi zbliżającym się urlopem z rodziną w domku letniskowym, który
wynajęli w Os pod Bergen. Os w lipcu z dużym stopniem prawdopodobieństwa
oznaczało paskudną pogodę. Wprawdzie Bjarne Mżller właśnie w tej chwili
nie miał nic przeciwko zamianie fali upałów zapowiadanej dla Oslo na
odrobinę mżawki, lecz znalezienie zajęcia dla dwóch bardzo energicznych
chłopców w ulewnym deszczu, kiedy ma się do dyspozycji jedyny środek
pomocniczy w postaci talii kart, w której brakuje waleta kier, mogło być
prawdziwym wyzwaniem.
Bjarne Mżller rozprostował długie nogi i podrapał się za uchem,
słuchając informacji.
- Jak to odkryli? - spytał.
- Przeciekło do sąsiadów - odparł głos dyżurnego. - Dozorca z sąsiadem
zadzwonili do mieszkania. Nikt im nie otworzył, ale drzwi nie były
zamknięte na klucz, więc weszli do środka.
- W porządku. Wyślę dwóch naszych ludzi.
Mżller odłożył słuchawkę, westchnął i przeciągnął palcem po liście
dyżurów, leżącej pod plastikiem na biurku. Połowy wydziału brakowało.
Tak było każdego roku w okresie urlopowym. Nie oznaczało to jednak
szczególnego zagrożenia dla mieszkańców Oslo, gdyż miejscowi bandyci
najwyraźniej również cenili urlop w lipcu, który okazywał się wyraźnie
martwym sezonem pod względem przestępstw będących w kompetencji Wydziału
Zabójstw.
Palec Mżllera zatrzymał się przy nazwisku Beate Lżnn. Wybrał numer do
Wydziału Techniki Kryminalistycznej na Kjżlberggata. Nikt nie odebrał.
Zaczekał, aż połączenie zostanie przekazane do centrali.
- Beate Lżnn jest w laboratorium - poinformował go młody głos.
- Mówi Mżller z Wydziału Zabójstw. Proszę ją znaleźć.
Czekał. To Karl Weber, od niedawna emerytowany szef Wydziału Techniki
Kryminalistycznej, ściągnął Beate Lżnn z Wydziału Napadów do
technicznego. Mżller traktował to jako kolejny dowód teorii
neodarwinistów głoszących, że jedyną siłą napędową każdego osobnika jest
pragnienie przekazania dalej własnych genów. A tych, zdaniem Webera,
Beate Lżnn najwyraźniej miała dużo. Wprawdzie na pierwszy rzut oka Karl
Weber i Beate Lżnn mogli wydawać się bardzo różni. Weber był
rozgoryczony i kłótliwy, Beate cicha, trochę szara myszka, która po
ukończeniu Wyższej Szkoły Policyjnej czerwieniła się, gdy tylko ktoś się
do niej odezwał. Ale ich geny policyjne były najwyraźniej identyczne.
Oboje zaliczali się do tego samego ogarniętego pasją gatunku
policjantów, który, zwietrzywszy zwierzynę, potrafi odciąć się od
wszystkiego i wszystkich, skupić na jednym śladzie, jednej poszlace,
nagraniu wideo, niewyraźnym rysopisie, aż w końcu zaczyna to przynosić
sens. Złe języki twierdziły, że miejsce Webera i Lżnn jest w
laboratorium, a nie wśród śledczych, gdzie znajomość psychiki człowieka
była mimo wszystko ważniejsza aniżeli odcisk buta czy luźna nitka
pochodząca z kurtki.
Weber i Lżnn zgadzali się co do twierdzeń dotyczących laboratorium,
protestowali zaś przeciwko temu, co mówiono o odciskach butów i
pojedynczych nitkach.
- Lżnn, słucham.
- Cześć, Beate. Mówi Bjarne Mżller. Przeszkadzam?
- Oczywiście. Co się dzieje?
Mżller wyjaśnił jej krótko i podał adres.
- Wyślę też dwóch moich chłopaków - dodał.
- Kogo?
- Zobaczę, kogo mi się uda znaleźć. Urlopy, sama wiesz.
Mżller odłożył słuchawkę i znów zaczął przesuwać palcem wzdłuż listy.
Zatrzymał się na nazwisku Toma Waalera.
Rubryka przeznaczona na wpisanie daty urlopu była pusta. Nie zdziwiło to
Bjarnego Mżllera. Od czasu do czasu można było odnieść wrażenie, że
komisarz Tom Waaler nigdy nie bierze urlopu, ba, że wręcz prawie nigdy
nie śpi. Jako śledczy stanowił jeden z najmocniejszych atutów wydziału,
zawsze obecny, zawsze zaangażowany i prawie zawsze skuteczny. I w
przeciwieństwie do drugiego asa wydziału, na Waalerze można było
polegać, miał kartotekę bez jednej plamki i był szanowany przez
wszystkich. Krótko mówiąc, podwładny jak marzenie. A zważywszy na
bezdyskusyjne zdolności przywódcze Toma, w kartach zapisane też było, że
pewnego dnia, gdy przyjdzie na to czas, Waaler zastąpi Mżllera na
stanowisku NWP, naczelnika wydziału policji.
Dzwonek telefonu Mżllera przedarł się przez ścianki działowe.
- Słucham, Waaler - odpowiedział mu dźwięczny głos.
- Tu Mżller. Mamy!
- Momencik, Bjarne, muszę tylko skończyć inną rozmowę.
Bjarne Mżller czekając, bębnił palcami w blat biurka. Tom Waaler miał
szansę na to, by zostać najmłodszym w dziejach naczelnikiem Wydziału
Zabójstw. Czy z uwagi na wiek Mżller od czasu do czasu odczuwał pewien
niepokój na myśl o tym, że odpowiedzialność za pracę wydziału miała
przejść akurat na Toma Waalera? A może chodziło o te dwa zdarzenia z
bronią? Komisarz dwukrotnie sięgnął po broń podczas aresztowania i jako
najlepszy strzelec w siłach policyjnych za każdym razem oddał śmiertelny
strzał. Mżller wiedział jednak również, że przy wyborze nowego
naczelnika wydziału paradoksalnie właśnie te dwa zdarzenia mogły
ostatecznie zadecydować na korzyść Toma. Śledztwo prowadzone przez SEFO,
Wydział Kontroli Wewnętrznej, nie ujawniło niczego, co mogłoby podważyć
twierdzenie, że Tom Waaler strzelał w samoobronie. Przeciwnie, w obu
wypadkach wykazano działanie w dobrej wierze i zdolność właściwego
reagowania w sytuacjach krytycznych. A jakie lepsze świadectwo można dać
człowiekowi ubiegającemu się o stanowisko szefa?
- Przepraszam, Mżller. Rozmawiałem przez komórkę. W czym ci mogę pomóc?
- Jest sprawa.
- Nareszcie.
Dalsza część rozmowy zakończyła się w ciągu dziesięciu sekund. Teraz
brakowało już tylko ostatniego człowieka.
Mżller myślał o sierżancie Halvorsenie, ale z listy wynikało, że jest na
urlopie w rodzinnym Steinkjer.
Sunął palcem dalej w dół listy. Urlop. Urlop. Zwolnienie.
Naczelnik wydziału westchnął ciężko, gdy palec zatrzymał się przy
nazwisku, którego miał nadzieję uniknąć.
Harry Hole.
Samotnik. Pijak. Enfant terrible wydziału. Ale obok Toma Waalera
najlepszy śledczy na całym szóstym piętrze. Gdyby nie to, w połączeniu z
faktem, że Bjarne Mżller przez lata wypracował w sobie coś w rodzaju
perwersyjnej skłonności do nadstawiania karku za tego obdarzonego
wyjątkowym wzrostem alkoholika, Harry Hole już dawno wyleciałby z
policji. Normalnie Harry byłby pierwszą osobą, do której Mżller by
zadzwonił i której zleciłby tę robotę, ale sytuacja nie była normalna.
A raczej: była bardziej nienormalna niż zwykle.
Szczyt nastąpił przed czterema tygodniami. Po tym, jak Harry zimą wrócił
do starej sprawy zabójstwa Ellen Gjelten, swojej najbliższej koleżanki,
która zginęła nad rzeką Aker, stracił zainteresowanie dla wszystkich
innych śledztw. Problem polegał na tym, że sprawa Ellen była dawno
wyjaśniona. Harry popadał jednak w coraz groźniejszą manię i Mżller,
szczerze mówiąc, zaczął się już niepokoić o jego równowagę psychiczną.
Miesiąc temu Harry stawił się u niego i zaprezentował swoje spiskowe
teorie, od których włos się jeżył na głowie. Gdy jednak przyszło co do
czego, nie potrafił przedstawić żadnego dowodu ani chociażby
uprawdopodobnić swoich fantastycznych oskarżeń przeciwko Tomowi
Waalerowi.
A potem Harry po prostu zniknął. Po kilku dniach Mżller zadzwonił do
restauracji U Schrżdera i potwierdziło się to, czego się obawiał: Harry
znów pękł. Mżller wpisał go na listę osób przebywających na urlopie,
żeby jakoś zatuszować jego nieobecność. Kolejny raz. Z reguły Harry
dawał znak życia po tygodniu. Tym razem minęły już cztery. Urlop się
skończył.
Mżller popatrzył na słuchawkę telefonu, potem wstał i podszedł do okna.
Dochodziło pół do szóstej, a mimo to park przed Budynkiem Policji był
niemal całkiem wyludniony, pozostali jedynie pojedynczy czciciele
słońca, którzy stawiali czoło upałowi. Na Grżnlandsleiret siedziało paru
właścicieli sklepów, skrytych wraz ze swoimi warzywami w cieniu markiz.
Nawet samochody, pomimo zerowego ruchu, jeździły jakby wolniej. Mżller
odgarnął włosy z czoła w nawyku, który towarzyszył mu przez całe życie,
a który, jak twierdziła jego żona, powinien wreszcie zarzucić, bo mógł
zacząć być podejrzewany o próbę układania pożyczki. Naprawdę nie miał
innej alternatywy niż Harry? Mżller śledził wzrokiem pijaka idącego
chwiejnym krokiem w dół Grżnlandsleiret. Przypuszczał, że pijak będzie
próbował wejść do Ravnen. Przypuszczał, że go tam nie wpuszczą.
Przypuszczał, że skończy w barze Boxer. W tym samym miejscu, w którym
postawiono ostateczną kropkę w sprawie Ellen. I być może w sprawie
policyjnej kariery komisarza Holego. Mżller znalazł się pod presją,
musiał w najbliższym czasie podjąć jakąś decyzję, co zrobić z problemem
pod tytułem ,Harry Hole". Ale to później. Na razie chodzi o bieżącą
sprawę.
Podniósł słuchawkę i pomyślał, że właśnie przydziela Harry'ego i Toma
Waalera do tego samego śledztwa. Okres urlopowy to niezłe gówno.
Elektryczny impuls opuścił wzniesiony przez zespół Telje-Torp-Aasen
pomnik społeczeństwa porządku i zaczął dzwonić gdzieś, gdzie rządzi
chaos. W mieszkaniu na Sofies gate.
3. Piątek. Przebudzenie
Krzyknęła jeszcze raz i Harry Hole otworzył oczy. Słońce wpadało między
leniwie powiewającymi zasłonami, a wycie tramwaju hamującego na
Pilestredet z wolna zamierało. Harry próbował się zorientować. Leżał na
podłodze we własnym pokoju. Źle ubrany, ale ubrany. Nie pełen życia, ale
żywy.
Pot pokrywał mu twarz jak gruba warstwa szminki, a serce uderzało lekko
i szybko jak piłeczka pingpongowa odbijająca się od cementowej posadzki.
Gorzej było z głową.
Harry zawahał się przez moment, nim zdecydował, by jednak dalej
oddychać. Sufit i ściany kręciły się wokół niego, ale w mieszkaniu nie
było ani obrazka, ani górnej lampy, na której mógłby zatrzymać się
wzrok. Gdzieś na krańcu pola widzenia wirował Ivar - regał na książki z
Ikei, oparcie krzesła i zielony stolik-ława z komisu. Ale przynajmniej
nic mu się już nie śniło.
To był znów ten sam stary koszmar. Harry przygwożdżony, nie będąc w
stanie się poruszyć, bezradnie starał się zamknąć oczy, żeby nie patrzeć
na jej otwarte usta wykrzywione w bezgłośnym krzyku. Na wielkie
wpatrzone w pustkę oczy, z których biło nieme oskarżenie. Kiedy był
mały, śniła mu się Sio, młodsza siostra. Teraz zastąpiła ją Ellen
Gjelten. Kiedyś krzyki były nieme, teraz brzmiały jak zgrzyt metalowych
hamulców. Nie wiedział, co jest gorsze.
Leżał całkiem nieruchomo i przez zasłonę patrzył na rozedrgane słońce
wiszące nad ulicami i kamienicami na Bislett. Letnią ciszę przerywał
jedynie tramwaj. Harry nie mrugał. Wpatrywał się tylko, aż słońce
zmieniło się w żółte podskakujące serce, tłukące się o cienką
mlecznoniebieską błonę pompującą upał. Kiedy był mały, matka mówiła mu,
że dzieciom, które patrzą wprost na słońce, wypala ono wzrok i muszą już
później przez całą dobę do końca życia chodzić ze słońcem w głowie.
Właśnie tego teraz próbował. Chciał, by słońce wypaliło wszystkie inne
obrazy. Na przykład obraz zmiażdżonej głowy Ellen na śniegu przy rzece
Aker i pochylający się nad nią cień. Od trzech lat usiłował złapać ten
cień. Ale to też mu się nie udało. Akurat w chwili, gdy sądził, że już
go ma, wszystko poszło w diabły. Nic mu się nie udało.
Rakel!
Harry ostrożnie podniósł głowę i popatrzył na martwe oko automatycznej
sekretarki. Nie zdradzało przejawów życia w ciągu tych tygodni, które
upłynęły od chwili jego powrotu do domu ze spotkania z naczelnikiem
Biura Kryminalnego i Mżllerem w Boxerze. Prawdopodobnie i je wypaliło
słońce.
Cholera, ależ tu gorąco!
Rakel!
Teraz to sobie przypominał. W pewnym momencie twarz we śnie zmieniła się
w twarz Rakel. Sio, Ellen, matka, Rakel. Twarze kobiet. W jednostajnym
stale pompującym i pulsującym ruchu zmieniały się i stapiały ze sobą.
Harry jęknął i opuścił głowę na parkiet. Dostrzegł butelkę balansującą
na krawędzi stołu nad jego głową. Jim Beam from Clermont, Kentucky.
Zawartość zniknęła. Wyparowała. Ulotniła się. Rakel. Zamknął oczy. Nic
nie zostało.
Nie miał pojęcia, która godzina. Wiedział jedynie, że jest za późno.
Albo za wcześnie. Że to i tak niedobry moment na to, by się obudzić. A
raczej na to, żeby spać. O tej porze dnia coś powinno się robić. Powinno
się pić.
Podniósł się na kolana.
Coś zawibrowało mu w spodniach. Zorientował się, że właśnie to go
obudziło. Uwięziona ćma rozpaczliwie tłukąca skrzydłami. Sięgnął do
kieszeni i wyciągnął komórkę.
Wolnym krokiem Harry szedł w stronę St. Hanshaugen. Ból głowy wysadzał
mu oczy. Adres, który podał mu Mżller, znajdował się niedaleko. Harry
oblał więc twarz wodą, znalazł resztkę whisky w jednej z butelek w
szafce pod zlewem i wyszedł z domu z nadzieją, że spacer rozjaśni mu w
głowie.
Minął Underwater. Od czwartej do trzeciej. W poniedziałki od czwartej do
pierwszej, w niedziele zamknięte. Nieczęsto tu zaglądał, bo knajpa U
Schrżdera, której był stałym bywalcem, znajdowała się na sąsiedniej
ulicy, lecz jak większość alkoholików Harry miał w mózgu ośrodek
automatycznie notujący godziny otwarcia miejsc, w których podawano
alkohol.
Wykrzywił się do własnego odbicia w przyciemnionych szybach. Przyjdzie
tu kiedy indziej.
Na rogu skręcił w prawo i poszedł w dół Ullevölsveien. Nie lubił tędy
chodzić. Ullevölsveien to ulica dla samochodów, nie dla ludzi. Najlepszą
rzeczą, jaką potrafił o niej powiedzieć, to to, że na prawym chodniku w
takich dniach jak dzisiejszy można było znaleźć trochę cienia.
Zatrzymał się przed kamienicą pod wskazanym numerem i obrzucił ją
spojrzeniem.
Na parterze mieściła się pralnia z czerwonymi pralkami. Na szybie
wisiała kartka z informacją o godzinach otwarcia, od ósmej do
dwudziestej pierwszej codziennie, dwadzieścia minut suszenia w
promocyjnej cenie trzydziestu koron. Przy wirującym bębnie siedziała
ciemnoskóra kobieta w chuście i wpatrywała się przed siebie. Obok pralni
była witryna z nagrobkami, a nieco dalej, nad połączeniem barku ze
sklepem spożywczym zielony neon z napisem ,Kebab". Harry powiódł
wzrokiem w górę brudnej fasady. Farba na starych oknach popękała, ale
lukarny na dachu świadczyły o tym, że ponad czterema zwykłymi piętrami
są też nowe mieszkania przerobione ze strychów. A nad niedawno
zainstalowanym domofonem przy zardzewiałej żelaznej bramie zamontowano
kamerę. Pieniądze z zachodnich dzielnic miasta płynęły na wschód wolno,
lecz pewnie.
Wcisnął najwyższy guzik domofonu, oznakowany nazwiskiem ,Camilla Loen".
- Tak? - rozległo się w głośniku.
Mżller go ostrzegał, lecz Harry i tak drgnął, słysząc głos Waalera.
Próbował odpowiedzieć, ale struny głosowe odmówiły posłuszeństwa.
Chrząknął i spróbował jeszcze raz:
- Tu Hole. Otwórz.
Rozległ się brzęczyk. Harry ujął chłodną szorstką klamkę z kutego
żelaza.
- Cześć!
Harry odwrócił się.
- Cześć, Beate.
Beate Lżnn, mniej niż średniego wzrostu, z włosami w kolorze średnio
blond, nie była ani brzydka, ani ładna. Krótko mówiąc, mało co w niej
rzucało się w oczy. Oprócz stroju: białego kombinezonu przypominającego
strój astronauty.
Harry przytrzymał bramę, a Beate w tym czasie wstawiła za nią dwie
metalowe walizki.
- Przyjechałaś dopiero teraz?
Starał się wstrzymywać oddech, gdy go mijała.
- Nie. Musiałam zejść do samochodu po resztę sprzętu. Jesteśmy tu już od
pół godziny. Uderzyłeś się?
Harry pogładził palcem strup na grzbiecie nosa.
- Najwyraźniej.
Poszedł za nią do następnych drzwi prowadzących na klatkę schodową.
- Jak to wygląda tam na górze?
Beate postawiła walizki przed zielonymi drzwiami windy i zerknęła na
niego przelotnie.
- Wydawało mi się, że jedna z twoich zasad brzmi: najpierw się
rozejrzeć, a dopiero potem pytać - powiedziała, wciskając guzik przywołujący windę.
/... cd w książce/
|
|
|
|