| | | A.J. Hartley Maska Atreusza
    Nawet nie podchodząc bliżej, widziała, że znajdują się tu naczynia podobne do tego, którego fragment znalazła w sypialni. Jedna z gablot była otwarta, a na szklanej półce wyraźnie rzucało się w oczy puste miejsce. Debora zerknęła w dół. W mrocznym kącie, mniej więcej metr od kwadratu światła rzucanego przez centralny reflektor, leżały porozrzucane ceramiczne szczątki. Niektóre były tego samego, delikatnie turkusowego koloru co odłamek spod łóżka.
    Debora tkwiła nieruchomo w jednym miejscu, starając się nie zerkać na ciało (Pod żadnym pozorem nie wolno ci na nie patrzeć!), i błądziła wzrokiem po pokoju. Oszołomienie narastało, w miarę jak docierało do niej, co naprawdę umieszczono w gablotach. Był tam złoty kielich o dwóch wdzięcznie wyginających się ponad brzeg naczynia uchwytach zwany, zdaje się, kantaros; cztery płytkie misy, na których widniały stylizowane lwy; a także dwie pieczęcie, również ze złota. Nieopodal znajdowała się wąska, kamienna płyta - zapewne stela grobowa - a na niej relief wyobrażający woźnicę w rydwanie; obok srebrna czara z inkrustacjami w kształcie byczych głów, sznury paciorków ze szkła i polerowanego kamienia, i znowu złoto: naszyjniki, wisiory, diademy, pierścienie oraz szpile do włosów - wszystkie misternie cyzelowane i zdumiewające przepychem. Trzy gabloty były zapełnione ceramiką - od kraterów malowanych w wymyślne, geometryczne wzory po eleganckie w rysunku wazy i amfory z przedstawieniami scen polowania i postaci wojowników. W ostatniej gablocie leżały groty oszczepów, miecze oraz sztylety inkrustowane złotem i szlachetnymi kamieniami, wąskie i eleganckie w swojej utylitarnej prostocie, o ostrzach z brązu, pokrytych zieloną patyną starości, ale jakimś cudem nigdzie niewyszczerbionych...
    Jeżeli to autentyki...
    Nic nie wskazywało, by miało być inaczej, poza jednym, oczywistym faktem. W ukrytym pomieszczeniu zgromadzono czterdzieści, może pięćdziesiąt eksponatów. Gdyby okazały się tym, na co wyglądały, byłaby to największa, najwspanialsza kolekcja egejskich, a dokładniej mykeńskich wytworów kultury materialnej, znajdujących się poza murami Muzeum Archeologicznego w Atenach. Nie dałoby się oszacować ich wartości - takie skarby są bezcenne.
    A więc muszą to być falsyfikaty.
    Prywatna kolekcja takich autentyków po prostu nie mogła istnieć. Większość twierdz archaicznej Grecji przekopano i splądrowano jeszcze w zamierzchłej przeszłości. Natomiast wszystkie nowożytne znaleziska z Myken, Tyrynsu i minojskich stanowisk na Krecie skatalogowano, starannie opisano i przebadano, a ich fotografie zamieszczono w tysiącach książek poświęconych historii i sztuce. Nieprawdopodobne więc, by zbiór takiej klasy był całkowicie nieznany współczesnej archeologii.
    Z drugiej strony Debora, wodząc wzrokiem po gablotach, nabierała pewności, że nie patrzy na kopie powszechnie znanych i udokumentowanych eksponatów. Oczywiście nie należała do ekspertów w dziedzinie sztuki egejskiej, w żadnym więc razie nie byłaby w stanie bezbłędnie zidentyfikować każdego naczynia kiedykolwiek odkopanego w Mykenach, widziała jednak wszystkie najsłynniejsze zabytki, stąd miała pewność, że w tym niewielkim pomieszczeniu znajdują się przedmioty równie wspaniałe i bogato zdobione jak te powszechnie znane. Zdawała sobie również sprawę, że okazy zgromadzone przez Richarda różniły się od skatalogowanych eksponatów - miały wszelkie cechy dzieł rzemiosła mykeńskiego, ale nikt ich wcześniej nigdzie nie wystawiał. Debora zatrzymała wzrok na sztylecie z brązu, ustawionym na delikatnej, przezroczystej podstawie, po czym pochyliła się, by dokładniej obejrzeć szczegóły. Wzdłuż klingi z brązu dwa lwy, wykonane ze złotych i srebrnych płytek, ścigały jelenia, a dynamizm sceny i artyzm rzemieślnika wprost zapierały dech w piersiach. Ta broń liczyła sobie trzy i pół tysiąca lat, jednak do tej pory żaden z uznanych archeologów nie widział jej na oczy. Tego jednego Debora była całkiem pewna.
    Żaden z uznanych archeologów...
    Co to w istocie oznaczało? Nagle poczuła, że ogarnia ją przerażenie - mroczne, gęstniejące w żołądku, drażniące ostro niczym tłuczone szkło. "Uznani" znaczyło przede wszystkim działający zgodnie z wymogami etyki. Wobec tego - jeżeli miała przed oczami autentyki - musiały one pochodzić z grabieży. Przewożono je w sekrecie, handlowano nimi poza wiedzą i zgodą społeczności archeologów, egoistycznie upychano po tajemnych pomieszczeniach, a ich uroda i walory historyczne cieszyły oczy jedynie prywatnego kolekcjonera. Przerażenie i straszne rozczarowanie pozbawiły Deborę energii, wypaliły w środku, a nawet sprawiły, że łzy wreszcie przestały płynąć.
    - Richardzie - wyszeptała ze znużeniem - coś ty najlepszego zrobił?
    I jak mogłeś mi o tym nie powiedzieć?, podpowiedział zawzięty, pełen urazy głos, którego jednak nie miała ochoty słuchać.
    Przypomniała sobie natomiast często wygłaszane przez Richarda stwierdzenie - zdanie iście w stylu Indiany Jonesa. "Miejsce zabytkowych obiektów jest w muzeum". Nic dodać, nic ująć. Owo wspomnienie powinno wywołać ironiczny uśmiech, ale uczucie skręcające trzewia przerodziło się tymczasem w dojmujący smutek. Debora raz jeszcze spojrzała na Richarda, bladego i dziwnie obcego, półnagiego i poznaczonego ohydną, rdzawą czerwienią zakrzepłej krwi.
    Byłeś mi przyjacielem, byłeś mi mentorem, byłeś mi...
    Nie mogła się zdobyć, żeby dorzucić "ojcem". Ukrywanie przed nią takiej tajemnicy to oczywisty akt zdrady - zdrady wobec niej samej, wobec wyznawanych przez nią wartości i wobec tego, co próbowali wspólnie osiągnąć.
    Chyba że...
    Czy to możliwe, aby Richard nabył tę kolekcję czarnorynkowymi kanałami z zamiarem przekształcenia jej w stałą ekspozycję muzeum? Deborze aż zabrakło tchu w piersi na tę myśl. Jej przyjaciel był ostatnio nieobecny duchem i dziwnie skryty. Ale za ową skrytością wyraźnie się kryło wyczekiwanie. Czyżby wobec tego tajemny pokój był jedynie tymczasowym miejscem przechowywania skarbów - ukrycia ich do chwili, aż adwokaci uporają się z prawnymi zawiłościami umożliwiającymi zalegalizowanie kolekcji, a tym samym udostępnienie jej szerokiej publiczności? To dopiero byłoby mistrzowskie posunięcie!
    Rzecz w tym, że sekretne pomieszczenie nie nosiło żadnych znamion tymczasowości. Czas więc porzucić nadzieję oraz idealistyczne rojenia i w końcu spojrzeć prawdzie w oczy. Richard wdał się w konszachty z przestępcami handlującymi pokątnie dziełami sztuki i w pewnym momencie czymś im się naraził. Bo jakże inaczej zinterpretować oczywiste dowody?
    Problem w tym, że owe dowody wciąż się znajdowały na miejscu. Co sprawiło, że napastnicy nie zabrali kolekcji ze sobą? Jeżeli były to porachunki związane z nielegalną transakcją, dlaczego mordercy Richarda postanowili zrezygnować z odzyskania tak niewyobrażalnie cennych przedmiotów? Zakładając, że...
    Nieznaczny szmer sprawił, że Debora gwałtownie się odwróciła - akurat w chwili, gdy gałki w drzwiach sypialni zaczęły się obracać. Bardzo powoli. I niemal bezszelestnie.
    Deborze pozostało zaledwie parę sekund na działanie, a na domiar złego wszystkie dostępne opcje wydawały się wysoce ryzykowne. Kiedy jednak drzwi sypialni nieznacznie się uchyliły, bez namysłu rzuciła się na ziemię i wturlała pod łóżko Richarda.
/... cd w książce/
| | | |