w '..:: Carpe Noctem ::..'





  # pokoje
H.P. Lovecraft
Dean Koontz
Stephen King
G. Masterton
Anne Rice
pokój komiksowy

  # 99% grozy
wydawnictwo CN
artykuły
wywiady
zagraniczne bestsellery
fragmenty
prasa - recenzje
artykuły prasowe
galerie
ostatnio wydane
zapowiedzi
download
strona główna

  # zapraszamy
Forum
Wypowiedz się, zapytaj, ochrzań, pochwal

  # artykuły

Mateusz Kopacz
Symfonia grozy w Operze Narodowej

    Gdy dowiedziałem się o planowanym w Operze Narodowej w Warszawie pokazie filmu Friedricha Wilhelma Murnaua pt. „Nosferatu – symfonia grozy” (Nosferatu, eine Symphonie der Grauens) byłem nieco zaskoczony. Sądziłem, że horror jako gatunek filmowy i literacki został dawno wyklęty przez krytyków „sztuki poważnej” i wygnany z desek szanujących się (czyt. nie nastawionych na zysk za wszelką cenę) teatrów czy kin. Zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony, nie czekałem więc długo z kupnem biletu.
    Drugiego października, w pogodny, aczkolwiek chłodny wieczór, stanąłem na Placu Teatralnym przed wielkim gmachem Opery Narodowej. Choć budynek imponuje oświetleniem, blaskiem i przepychem, to jednak ma w sobie coś z okresu, kiedy go odbudowywano – lat 1945-1965. Jest jakiś toporny – jak wszystko, co dał nam socrealizm – i niemal czuć, że pod piękną powłoką skrywa brzydotę (nie zdziwiłbym się, gdyby spora ilość z pozoru kryształowych żyrandoli i ozdób była tak naprawdę szklana). Ale nie o to chodzi – ważne, że gmach spełnia bardzo ważną rolę wielkiego centrum sztuki.
    Pokaz miał odbyć się w największej z sal – Sali Moniuszki (właśnie w XIX-wiecznej Operze Narodowej odbywały się premiery najsłynniejszych oper tego wielkiego kompozytora), składającej się z kilku kondygnacji: parteru, wyżej położonego amfiteatru oraz trzech, wznoszących się jeden nad drugim balkonów. Zająłem miejsce w najniższym z tych ostatnich, z bardzo dobrym widokiem na ekran, lecz trochę gorszym na kanał dla orkiestry. Widziałem jednak instrumenty perkusyjne – moim zdaniem najważniejszy element muzyczny pokazu.
    No właśnie – zapomniałem wspomnieć, że sam pokaz filmu Murnaua z 1922 r. to nie wszystko. Filmowi miała towarzyszyć muzyka grana na żywo przez połączone orkiestry: Opery Narodowej oraz Niemiecką Orkiestrę Filmową Babelsberg. Dyrygował nimi Helmut Imig.
    Pokaz przygotowano z okazji 18. rocznicy zjednoczenia Niemiec, nie zabrakło zatem gości ze świata polityki: był niemiecki minister kultury oraz ambasador niemiecki. Ten pierwszy wspólnie z dyrektorem Opery Narodowej, Januszem Pietkiewiczem, wygłosił kurtuazyjne przemówienie, w którym nie zabrakło podziękowań i wspomnień czasów początku lat 90.
    Audytorium w dużej mierze składało się z ludzi młodych i raczej nie bywających w operach czy filharmoniach. Przekonały mnie o tym zwłaszcza śmiech, jaki rozlegał się od czasu do czasu na sali na widok dziwnego grymasu twarzy jednego z aktorów oraz oklaski, które przeszkadzały muzykom między kolejnymi częściami filmu (warto pamiętać, że oklaski zawsze zachowuje się na koniec utworu). Właśnie średnia wieku ludzi obecnych na pokazie świadczy najdobitniej o tym, kogo naprawdę interesują opowieści grozy (obok mnie siedziała starsza pani, którą ten pokaz najwyraźniej w świecie nudził, czego nie potrafiła ukryć).
    Przejdźmy do sedna: czyli pokazu filmu połączonego z muzyką orkiestry. O „Symfonii grozy” słyszał chyba każdy szanujący się wielbiciel filmowego horroru. Warto jedynie wspomnieć, że jest to dzieło przełomowe – nie tylko jako jeden z pierwszych filmów grozy w historii kina, ale również jako obraz, jak na tamte czasy, bardzo zaawansowany technicznie. Dzieło stworzone zostało przy wykorzystaniu nowatorskich efektów – ruchomej kamery oraz zoomu. Wrażenie robią zwłaszcza preparaty profesora Bulwera – widać wśród nich nawet polipa pożerającego swą ofiarę. Warto również dodać, że jest to film bardzo rzadki – w wyniku procesu, jaki wdowa po Bramie Stokerze, autorze „Drakuli”, wytoczyła Murnauowi, zniszczono większość kopii dzieła.
    O „Symfonii grozy” można powiedzieć sporo dobrego. Choć gra aktorska iskrzy się od afektacji (co było normą w tamtym okresie), to i tak sprawia bardzo dobre wrażenie – oczywiście z Maxem Schreckiem (hrabią Orlokiem; aktor zagrał swą postać tak sugestywnie, że był przez sobie współczesnych uważany za prawdziwego wampira) oraz Alexandrem Granachem (szalonym Knockiem) na czele. Fabuła rozwija się zgrabnie, a technika filmowania stoi na tak wysokim poziomie (jak na tamte czasy oczywiście), że stanowi jeden z największych atutów filmu. Co prawda „efekty specjalne” wywołują wielki uśmiech na twarzy (np. samoczynne zamykanie się trumny hrabiego Orloka – coś, do czego w jednym ze skeczy nawiązała grupa Monty Pythona), ale i tak należą się brawa za pomysłowość. Do tego dzieło to posiada bardzo ciekawą symbolikę – utożsamia wampira z zarazą dziesiątkującą miasto. Nasuwa się mnóstwo skojarzeń ze średniowieczną, czarną śmiercią i „Maską czerwonego moru” Edgara Allana Poego.
    Nie można ponadto zapomnieć o wysiłku muzyków ściśniętych w fosie orkiestrowej: dźwięki tak idealnie komponowały się z filmem i uzupełniały go, że można mówić o arcydziele równoległym – z jednej strony obraz, z drugiej dźwięk – dwa genialne utwory zlewające się w jeden potężny przekaz. Jak już wspomniałem, najważniejsze w tym wszystkim moim zdaniem były instrumenty perkusyjne – to one tworzyły najpotężniejsze napięcie w chwilach grozy. Nie darmo o „Symfonii grozy” mówi się, że jest jednym z najwspanialszych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. Arcydzieło musiało być uzupełnione jedynie bardzo dobrą, równie ekspresyjną muzyką. Myślę, że polsko-niemieckiej orkiestrze to uzupełnienie wyszło przewspaniale.
    Przyznaję jednak, że momentami trochę się nudziłem. Sporo w filmie przestojów, egzaltacji i niepotrzebnych wątków. A może to po prostu wina tego, że widziałem zbyt dużo ekranizacji „Drakuli”, z remake’iem „Nosferatu” Wernera Herzoga na czele? Być może.
    Podsumowując – długie oklaski, jakie otrzymała połączona polsko-niemiecka orkiestra, były w zupełności uzasadnione. Pozostaje jedynie żałować, że to jednorazowy pokaz – szkoda, że tak imponującego spektaklu nie przedstawi się w innych polskich operach. W Warszawie olbrzymia sala była w dużej większości zapełniona, myślę, że i w innych miastach znalazłoby się sporo zainteresowanych. Kto wie, może się doczekamy? Wszak można skopiować partytury, wypożyczyć film i... do dzieła!

Mateusz Kopacz


Serwis "Carpe Noctem" oficjalnie rozpoczął działalność 1 września 2003
© copyright by "Carpe Noctem" 2003
Wszystkie prawa zastrzeżone
webmaster: Przemysław Romański
stat4u